RSS
piątek, 01 września 2006
shutdown -h +10080

Czas na shutdown. Dlaczego? W zasadzie z powodu tego, iż Poranny stracił rację bytu. Założony został dla (jeszcze) Sunrider, kiedy ze złamaną kończyną dolną nudziła się biedna w domu. Ale noga się zrosła, Sunrider została LOTawicą, niedawno zamknęła swojego bloga. Przeto Poranny za tydzień (czyli 10080 minut od teraz +- 1440 :P) także zniknie. Zatem na zakończenie konkurs: skąd nazwa "Poranny"?
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Nazod

Flamberg 2006 zakończył się dla mnie już wczoraj, ale zbyt zmęczony po tym urlopie (oksymoron niby, a jednak nie :>) byłem żeby napisać. Teraz wiele się rozwiało, w skrócie więc powiem że moje obawy okazały się płonne - było świetnie. Wytankowałem przez te 9 dni około 40-50 litrów piwa plus inne specyfiki, ani razu nie poszedłem do namiotu trzeźwy (na poprzednich Fbergach zwykle po 5 dniu rezygnowałem z intensywnej intoksyfikacji), ale też okazja była nie byle jaka - w końcu ostatni Flamberg w Mirowie... Z tego pewnie powodu mnóstwo osób, które deklarowało że nichuja nie przyjedzie jednak dało rady się wyrwać i przyjechać choć na parę dni. Dzięki zarówno im, jak i tym co byli od początku do końca! Jakby na to nie spojrzeć to jednak oni są ważniejsi niż jakaś tam wiocha z ruiną.

W przyszłym roku konwent w nowym miejscu - nie lubię zmian, ale tę zniosę, zmiany (zbyt drastycznej) obsady bym nie zniósł.

"-Precz z tego miejsca!
- Nic sie nie stało...
- Precz z tymi ludźmi!
- Cię pojebało?!"

Zresztą może nie zauważę tej zmiany, nie mając czasu na wyjazd o tej porze roku? Robota bowiem zwaliła się na mnie po powrocie z siłą wodospadu, w przyszłym sierpniu będzie to samo.

Opatrzyłem sobie przed chwilą (z pomocą mamuśki, bo leworęczny nie jestem) zaniedbane skaleczenie - głębokie, jak się okazuje - jeszcze z pierwszego dnia konwentu. Ciort z tym, gorzej, że blok ocieplają i nie mogę okna otworzyć, bo mi się styropian sypie do środka jak śnieg. Duszno więc, fatalnie się czuję, a tu trza jeszcze trochę popracować i dopiero wtedy zabrać się za dokończenie prasówki (tak, owszem, czytam gazety z każdego dnia wyjazdu po powrocie). Zastanawiam się co dzisiaj mi się przyśni - ostatnie dwie nocki przyniosły bowiem sny bardzo do siebie podobne i skrajnie niepokojące.
niedziela, 13 sierpnia 2006
Ostatnia prosta

Byłem u Anki i Arka na małej imprezce z okazji ich 4 latek. Sympatycznie. Znowu przybiłem gwoździa na dywanie, to ze zmęczenia po treningu :P

W drodze powrotnej z Bestem, ok 2 w nocy, analizując możliwości transportowe, oznajmiłem że choćby ch. na ch. stawał to przed 3-cią w domu nie będę. No i wysiadłem na pętli przy Lompy o 2:24 (spory kawałek ode mnie), Best zapodał do domu, gdyż mieszka bliziutko, a ja na Statoil po Dęba na drogę i oto naginam, z postanowieniem że jednak zdążę przed tą 3-cią. Idzie nieźle... do bloku dochodzę o 2:58, winda wysoko. Zawezwałem. Stałem przez chwilkę, pomyślałem że buty już rozwiąże, co będę stał. Winda przyjeżdża, ja mocuje się z niespodziewanym supełkiem. Wreszcie wsiadam, dojeżdżam na moje piętro a na komórce godzina przeskakuje z 2:59 na 3:00... No szlag by trafił! 11 sekund brakło, żeby przed tą trzecią zdążyć. Mało ważne? Pewnie. Ciort z tym, ale w momencie walnęła mnie w łeb taka refleksja: ileż to razy już taki moment dekoncentracji na ostatniej prostej, kiedy - zdałoby się - nie można już przegrać, powodował że zaprzepaszczałem jakąś daleko istotniejszą szansę? Wiele przykładów mi się przypomniało. Nędza. Po prostu nędza... Cholerny komuch Miller powiedział, co zapewne słyszeliście, że mężczyzne poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. No to mam przesrane. Pewnie nazwe bloga powinienem zmienić na "frajerski" or something.

piątek, 11 sierpnia 2006
Wena ubita sklerozą

Nędza straszna. Pisać mi się chce przeważnie w nocy, tyle że pomysły o czym pisać mam przeważnie rano, zwłaszcza w autobusie. Wpadam na ciekawe (z mojego pktu widzenia, więc niekoniecznie z cudzego) rzeczy do opisania, ale kiedy wejdę do biura to już nie mam czasu pisać, a wieczorem nic nie pamiętam. Well, do literackiego Nobla nigdy się nie pchałem.

Tymczasem po wczorajszym treningu wreszcie czuje że się nie opieprzałem. Sińców co nie miara, najlepszy ten na wewnętrznej stronie prawego kolana, Wojtas mi w nie przywalił, jak ćwiczyliśmy mijanie (Wojtas i reszta defensywy) / blokowanie (Karczmarz i ja). Po treningu za to miałem okazje sobie kask przymierzyć - fajna rzecz, z bani w Robocopa bez oporu włazić by można. Jakby się go udało dojrzeć, bo pole widzenia jest nieco ograniczone, hehe...

W związku ze zbliżającym się Fbergiem nabyłem sobie drogą kupna namiocik. Trójke. Dwójkę dotychczas miałem, zdałoby się że na jedną osobę aż za dużo, ale wku mnie w nim konieczność spania "na skos" żeby nie musieć się łbem o ściankę opierać. W tym powinno być lepiej. Tyle że waży 2,5 raza tyle co poprzedni... Ale! Sprzedawca ów, mój znajomy, kontrahent właściwie, handluje również grą planszową "Bankrut" - to taka swojska Monopoly. Gra jest stareńka, podejrzewam że kiedyś był jej wydawcą i teraz próbuje wyprzedać to, co mu magazyn zapycha. Dostałem ją za friko, ale te 15zł też wartoby wydać, choćby ze względu na klimat - zamiast jakichś miast zagranicznych są polskie, i to ciekawy zestaw: od Łowicza, przez Gorzów, Radom, Szczecin do Warszawy. No i gra ma bardzo ładne, dwustronne banknociki. Jest jednak w niej coś jeszcze, co powoduje że te 15zł jakie trza za nią na allegro zapłacić...

Co tu dużo mówić: w roku 2006 kupić nowy, nieużywany produkt, który na tytułowej stronie bardzo zresztą zgrzebnego kartonika ma napis: "Urząd Patentowy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej Nr W-3725" - bezcenne :]

Wehikuł czasu, jak babcię kocham.
wtorek, 01 sierpnia 2006
Godzina "W"

Tramwajem jadę na wojnę,
Tramwajem z przedziałem "Nur fur Deutsche".
Z pierwszosierpniowym potem na skroni,
Z zimnem lufy Visa w nogawce spodni.

Siekiera, motyka, piłka, szklanka,
Biało-czerwona opaska, moja opaska na ramię
Powstańca.
W kieszeni strach, orzełek i tytoń w bibule
Ja nie pękam, idę w śmierć ot tak - na krótką koszulę.

{"Żołnierze Podziemia!"}

Batalion "Zośka".
Batalion "Pięść".
Batalion "Miotła".
"Czata 49", "Parasol".

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc
I poczułeś jak się jeży w dźwięku minut zło
Zanim padłeś jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką
Czy to była kula synku, czy ci serce pękło?

{"My, Polacy, mamy opinię romantyków."}

Nam jedna szarża - do nieba wzwyż
Nam jeden order - nad grobem krzyż.

Nam jedna szarża - do nieba wzwyż
Nam jeden order - nad grobem krzyż.

I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc
I poczułeś jak się jeży w dźwięku minut zło
Zanim padłeś jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką
Czy to była kula synku, czy ci serce pękło?!


Lao Che "Godzina W"

czwartek, 27 lipca 2006
"Heat upon heat upon heat... upon heat."

... czyli "Lato jako bezsensowny Gom Dżabbar".

Dlaczemu bezsensowny? A bo za długo trwa. Chciałem napisać, że przecież niczego jak w przypadku Paula Atrydy nie dowodzi, ale przyszło mi do łba że i owszem: dobitnie pokazuje, że my, ludki, wcale takie szczwane nie jesteśmy i jak Mamuśka Natura chce na nas pochuchać to musimy to przyjąć bez oporu, conajwyżej narzekając, z czego zresztą zaraz skwapliwie skorzystam.

Albowiem mogłaby se to swoje chuchanie w zad zaaplikować z impetem w głąb. Dzisiaj rozładowywałem towar z ciężarówki. Kartony były spore, ale lekkie, po jakieś, nie wiem, 12 kilo? Przyjmijmy że dwa to 25. Niewiele, ale trasa z przeszkodami, a nade wszystko upał i słońce sprawiły że mokry byłem jak szczur (pół biedy, przyzwyczaiłem sie) i na koniec nogi się pode mną uginały (cała bieda, bo sie bałem że mi pompa stanie).

Ale to ino przykład. Upał zniechęcił mnie całkowicie do życia, nic mi sie kurna nie chce, albo nie jestem w stanie. Poćwiczyć nawet te 10 minut na przykład. Dwa tygodnie na treningu nie byłem, choć to akurat z przyczyn niezależnych (praca, pogrzeb mojej kochanej cioteczki w zeszłym tygodniu), ale sądząc po dniu dzisiejszym na ten sobotni chyba bez defibrylatora nie pojade. A pokazać sie trza z jak najlepszej strony, bo nowi, młodsi, lepsi przyszli a nie chce wypaść ze składu.

W każdym wypadku czy to z powodu upału czy też z przyczyn innych od pewnego czasu wszystko ogólnie mi zwisa nacią od pietruszki. Przed chwilą na przykład dopiłem piwo i puszkę rzuciłem na dywan mniej więcej w kierunku przedpokoju, gdzie stoi siatka pełna podobnych, pustych artefaktów. Chyba ją zgarnę jak pójdę po następne... strasznie go ostatnio dużo żłopie. Chociaż jak się dziennie 5 litrów wody wypija to coś co ma smak czasem by się przydało.

No nic... trza iść pod prysznic, chociaż jaki to ma k. sens, skoro siłą rzeczy nikomu poza mną to nie przeszkadza, a przecież rano znowu będe mokry, natomiast pościel do wyżęcia.

Syzyfowa praca. Aż by się chciało Marka Grechutę sparafrazować:

"Lato, Lato...

Wyp...!"

czwartek, 13 lipca 2006
Legendarny wp... a media

No proszę... fragment łomotu, który zebraliśmy od Devils pokazali dzisiaj w Teleexpresie. Łodafaka, się pytam, ledwo 3 miesiące w to gramy a już program o max wypasionej oglądalności nas pokazywa? Strach się bać! A pomyśleć, że pisałem takie coś już przy okazji pierwszego tekstu w lokalnej, katowickiej Wyborczej :>

Niemniej jednak wynik jaki uzyskaliśmy też podano, co już tak pozytywne nie jest :} Ale myślę że nas to zmobilizuje.

SILESIA CO?!

MINERS! MINERS! MINERS!
niedziela, 09 lipca 2006
Legendarny wp.... łomot a.k.a. na_tarczy_mode_on

Jakby na to nie spojrzeć graliśmy dzisiaj sparing z Devils Wrocław. Na własnym terenie, ale nie tam, gdzie trenujemy (w Piotrowicach) ale w moim city - Mineral de Silesia - Ruda Śląska! Dostaliśmy zezwolenie od MOSiRu na skorzystanie z ich głównego boiska, wymalowanie linii, nawet kase na wuszt, zymft i żymły :]
Pełen wypas. Linie malowaliśmy wczoraj - ale burza szybko je zmyła, próbowaliśmy być twardzi i malować w czasie jej trwania (padało słabo), ale generalnie w pewnym momencie mniej niż 30 metrów od malujących piorun drzewo rozpieprzył... :> A SIGHT TO BEHOLD! Te fruwające kawałki drewna... jeden z "odłamków" zabraliśmy jako drużynowy totem. Wtedy jeszcze się wahaliśmy czy nie malować dalej, ale zaraz potem dwa drzewa tylko malutki kawałek dalej (z drugiej strony boiska po prostu) oberwały i nie wtedy nie zdaliśmy leadershipa i zmyliśmy się do budynku.

Dziś spotkaliśmy się wcześniej, żeby linie namalować ponownie, tym razem bez przygód. Ogólnie większość organizacj była dobra. Ale nie do końca... Mecz miał się zacząć o 14:00 i udało mi się pięknie nakręcić, Devilsów z boiska wyrzucił :P Niestety, sędziowie dotarli z opóźnieniem, w efekcie wszystko zaczęło się o 14:20 - łaziłem tylko wściekły dookoła, a jak sie mecz zaczął to rejdża mi starczyło na pierwsze 10 minut... Kiepsko nam dzisiaj szło - znaczy na samym początku było ok, ale kiedy Devils pierwszy raz przedarli się przez naszą defensywę to jakoś tak przestało nam iść. Ogólnie zrobili nam bodajże 10 przyłożeń, część z podwyższeniami, wynik końcowy to 0:73. Straszny łomot. Ale po naszej stronie bez kontuzji, a jednak jeden z Devilsów na pogotowiu był (torebka stawowa w kostce) ;)

W każdym wypadku widzowie dopisali (około setki - to dobry wynik!), media były (Wyborcza na przykład oraz TVP3 Katowice - ci drudzy zrobili wczoraj materiał o przygotowaniach omyłkowo, bo myśleli że mecz wczoraj, a nie dziś).

W każdym wypadku jestem zmęczony nieco, boli mnie kostka (upadłem razem z jednym z Devilsów a potem Piotrek też upadł, na moją lewą nogę, tak trochę ją wykrzywiając paskudnie - troche inaczej bym sie ułożył i coś by pewnie pękło :>), nie bolą mnie zęby, mimo że z łokcia dostałem, a Francja, której nie znoszę, przegrała finał WM z Włochami, których jeszcze bardziej nie znosze. Obrzydliwe. Nabrałem za to mnóstwo szacunku do Zidane'a - makaroniarz musiał go paskudnie obrazić, żeby Zizou (którego, dla odmiany, nie znosze :PPP) załadował mu z bani, jak dobry linebacker. W każdym wypadku Zidane ma mój (i jednej z czytelniczek ;) moral support, bo większość pozostałych jeździ po nim jak po burej suce.
 
piątek, 07 lipca 2006
Chlop zbit, czyli tam i z powrotem

Lato ma jednak pewne zalety. Na przykład mniej w sumie roboty, dzięki czemu mogłem wyrwać się na parę dni do Lasu - tak ~w połowie drogi między Żywcem a Suchą Beskidzką ("Bes cego?!") do bardzo fajnej hacjendy w skrajnie dobrym towarzystwie: Kirszniok z Anką, Mały z Edytą, Best i Maciek. Spokój. Słońce. Wiatr. Góreczki dookoła, sam domek też na pięknym zboczu. Tyle w kwestii pięknych okoliczności przyrody.

A spędzanie czasu? Piwo. Karty (dwie najlepsze gry karciane jakie znam - Rage i tzw. winocof - to drugie to mało znany a genialny wariant tzw. ch... Pana, znaczy się). Sport - i to nie tylko w postaci niemieckiego weltmajsterszaftu w telewizji. Sporo z Bestem poćwiczyłem - pompki, brzuszki itp., zarówno po trzeźwemu, jak i po pijaku :> No i basen w ośrodku w Rychwałdzie, położony na krawędzi zbocza. Basenów ogólnie rzecz biorąc nie lubie, ale wychylić się z takiego i ujrzeć piękny, górzysty krajobraz - bezcenne. Tylko plecy sobie zjarałem. Poza tym wymyśliliśmy z Maćkiem i Bestem fantastycznego LAChPa. Chyba dobrzy w tym jesteśmy ;>

Ciągle też jakaś fajna mjuzik nam towarzyszyła, ze względu na specyfikę towarzystwa głównie ajrisz, głównie Carrantouhill (ino że z tego powodu ciągle o LOTawicy myślałem :>), ale mi bardziej odpowiadało Vavamuffin. "Powietrze pachnie jak malinowa Mamba, nikt nie przeklina, nikt nie mówi 'Karamba!'" ;)

Niestety musiłem wracać już w środe. Szkoda... Ale po drodze, korzystając z faktu że pociąg przejeżdżał przez Piotrowice, zdążyłem na trenig. I dobrze - w niedziele gramy sparing z Wrocław Devils, i to w moim własnym city - Mineral de Silesia!

A co do mistrzostw świata - już wybrałem najpiękniejsze zdjęcie z tegorocznego mundialu:



A tutaj można zagłosować, żeby wyrazić swoje poparcie - ino chyżo i licznie, proszę!


czwartek, 22 czerwca 2006
Żem sie nałaził...

Rano do biura (bo kierowca autobusu był straśnym bucem - ChWDKA, przynajmniej temu konkretnemu) - 44 minuty. Wieczorem od babci na autobus - 4 minuty, z autobusu na tramwaj - 2 minuty biegiem, z tramwaju do knajpedy - 41 minut, z knajpedy na tramwaj 40 minut (w tamtą strone troche pomyliłem droge, bo wcześniej w tejże knajpedzie nie byłem), z tramwaju do domu - 15 minut. Jeszcze 7 pięter i wieczorna (w odróżnieniu od porannej) "gimnastyka" ramion i barków. Żem sie nałaził, to fakt... jak doszedłem do domu to buty miałem chyba o 1cm niższe niż kiedy rano wychodziłem ;P Niestety, obawiam się że ubytek kalorii spowodowany chodzeniem został z nawiązką uzupełniony piwem :>
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31