RSS
piątek, 20 października 2006
Jutro mecz.

MINERS!
MINERS!
MINERS!

czwartek, 19 października 2006
"Work hard, play hard"

Kurwa.

Znowu coś nie wyszło.

Tyle czasu czekałem na okazję, żeby zobaczyć Lao Che na żywca. Przedwczoraj dostałem cynk od Kołcza (z drużyny) że grają blisko stąd w zasadzie - na Ligocie, o 20. Teoretycznie prace kończe o 17, więc nie powinno być żadnego problemu...

Ale kurwa nie. Bo zawsze, jak na czymś mi mega uber zależy to coś się musi spierdolić. Ktoś się musi spóźnić z czymś, ktoś pomylić, a wraz z upływającym czasem rośnie PW (Poziom Wkurwienia) i spada efektywność. I jeszcze byłem niemiły dla Tilina, którego to z kolei ja poinformowałem o koncercie i który bardzo chciał wraz z Estlin i mną ten koncert obejrzeć. Niestety, nie mogłem udzielić mu dziś odpowiedzi pozytywnej, a że bardzo nalegał, ja zaś dodatkowo skoncentrowany byłem na pracy - to nic mądrego powiedzieć nie mogłem i tylko się dodatkowo denerwowałem z tego powodu.

Potem też się zdenerwowałem kiedy założyłem kurtkę i w lewej kieszeni wyczułem złożoną koszulkę Lao Che którą zgodnie z planem miałem mieć dziś wieczorem na sobie, z wiadomej okazji. A raczej nie zdenerwowałem, jeno zasmuciłem. Whatever.

Efekt: jestem zmęczony i bardzo, bardzo zniechęcony. Morale niskie jak cholera. "Work hard, play hard" - taki mam m.in. napis na koszulce. Ok, I work hard, tylko skąd ja w sobote wezme siły i zapał aby play hard?

Sztywniaki

Dwa sztywniaki. Małe palce. Jeden na przegubie ostatnim rozcięty (powiedzmy) - poszmarowany maścią, usztywniony żeby się mogło zagoić. To prawy. A lewy dzisiaj sobie nadszarpnąłem na treningu, próbując zatrzymać Lecha. Palec zaplątał mi się w jego bluze (dzisiaj graliśmy bez sprzętu) i nadszarpnął solidnie, potem jeszcze dobił jak torbę z ręki do ręki przerzucałem i mi się wymskła. Szarpnęła znowu za sam koniec tego palca, grr... zsiniał troche. Posmarowany altacetem w żelu, usztywniony mocnym plastrem. Ale mi się głupio pisze, musze shifty i enter wciskać innymi palcyma :>

W każdym wypadku jakbym chciał komuś tezetwu "koze" pokazać to mam łatwiej - bo ino jeden palec musze prostować.

Musze sobie jakieś rękawice kupić, takie z wypełnieniem na wierzchu - bramkarskie? Mam bowiem dłonie i nadgarstki posiniaczone - efekt pchania łap pomiędzy dwie płyty grubego plastiku znajdujące się na klatach 120-kilogramowych gości (znaczy moją i nie moją).

No ale teraz jeszcze tylko 20 minut pracy i można walnąć w kimono... Dnajt!

Aha: po przerwie witamy LOTawice, tym razem w nieco już innych barwach ;> Alas, nie mogę do tytułu zakładki dodać ":>" - mam nadzieję że się przez to nie obrazi!

wtorek, 17 października 2006
Blisko, coraz bliżej

Mmm... czuć już powoli zbliżający się dech Zimy... wspaniale! Zacząć należy od tego że kompletnie się nie wyspałem. Potem spędziłem w biurze 13 godzin, choć uwieńczonych trzema Dębami. Ale powrót od babci do domu.. 5 stopni na termometrze, ja w podkoszulku i olikmantlu (mniej więcej) - pierwszy raz w tym roku poczułem wspomniany dech Zimy... powoli się zbliża, ale już się cieszę! Ten napór zimnego powietrza na zmęczone cielsko - coś fantastycznego. Ależ mi się energizer włączył - znowu miałem ochote przestawiać samochody ;P Na szczęście udało mi się powstrzymać.

Ale i tak brakuje jeszcze rytmicznego zgrzytu ugniatanego butami śniegu.
niedziela, 15 października 2006
"Panie Pawle, interwencja na oddziale!"

He, ale bliziutko mandatu za spożycie alkoholu w miejscu publicznym byłem :>
Wracając z E.Teem. z treningu nabyliśmy sobie po dwa piwka, gdyż podróż miała się przedłużyć z powodu planowanej wizyty Lecha u dziadka w szpitalu. Spożyte zostały szybko, ale po dojechaniu do Rudy pomyśleliśmy że te dwa czują się samotne... kupiliśmy sobie po jeszcze jednym i naginamy, popijająć po drodze, dyskutując o futbolu i generalnie tajniacząc flaszki. Aż tu w pewnym momencie wychodzimy za róg familoka i radiowóz przejeżdża obok nas - półtora metra może. A ja akurat "gram hejnał" na Dębowej trąbce, hehe... Na szczęście jechali na interwencję, ale już myśleliśmy że to nas przyfilowali i wnet zgarną :> Fart. Ale ogólnie jakoś policyjnie było, bo 10 minut później - dochodząc do przystanku przedefilowała przed nami, jadąć od strony Tesco, kolumna trzech pojazdów: radiowóz, SKOT i lodówa. Proszę... jeszcze parę minut później już kiedy jechałem autobusem obok przejechała w asyście lodówy... Patria. Good heavens! Wygląda na to że policja kupiła w Tesco dwa transportery opancerzone. Ciekawe  jak wlazły do koszyka.

Aha: za tydzień w Zabierzowie gramy mecz z Kraków Tigers. Nareszcie jakieś będę widział przed akcją naprzeciw siebie jakieś inne mordy niż na każdym treningu ;)

sobota, 07 października 2006
Dam tytuł na starcie, bo znowu zapomne

...a dodatkowo dzieki temu fortelowi nie muszę go wymyślać.

Dawno nie pisałem. Miałem troche problemów, i chciałem je opisać jak już się uporam, ale za długo to trwa.

Otóż zaczęło się od wezwania do WKU. Łobuzy dalej wcielićbymniechcieli w szeregi Wojska Polskiego. Polazłem tam jak zwykle na luzaka, pewien że sie na szkołe odrocze, a tu się okazuje że szkoła mnie skreśliła. Ha! Wiem, kurna. Ale przecież załatwiłem sprawę. Okazuje się jednak że nie do końca. I problem gotowy. Stres wysokiej klasy mnie dopadł, doczytałem się bowiem do ustawy już nieco nieaktualnej, i w jej świetle moja sytua wyglądała skrajnie nieciekawie. Kol. Plazma pomogła mi stresa zdispellować, szacun bejb! Ech, whatever, nie będę dwóch tygodni streszczał. W każdym wypadku dalej sprawa nie jest załatwiona, ale chyba będzie. Lecz! Z wizyty u pani dochtór w ośrodku (celem poprosić o L4) wynikło że nie jestem tak zdrów, jak mi się zdawało. Okazało się bowiem że moja pompka pikawa pracuje za wolno! Zaskakujące, zawsze myślałem że za szybko nagina. Muszę się przebadać na kardiologicznym, skierowanie mam, ech. You never know.

Za to ciekawie u Minersów. Jesteśmy zarejestrowani jako AZS! Legitymacji jeszcze nie mam, ale niedługo będzie. Kurde, całe lata AZSowcy jawili mi się jako tacy lepsi, wysportowani, zdrowi, no taka elyta. A tu proszę! Oto ja, gruby, słaby, wolny i raczej tępy na stare lata zostaję jednym z NICH :> Sie wzruszyłem, naprawde.

Wspominałem już o tym że mam lots pomysłów do pisania, które nikną jak klikne "Nowy wpis"? Znowu to samo. Wrzucam więc na koniec dwie grafiki: logo Minersów (autorstwa Korzenia) i rewelacyjną flagę, jaką bym sobie powiesił na balkonie, jakbym miał w postaci bardziej materialnej :> Flaga będzie poprawiona, żeby napis był bardziej po angielsku, a autorem jest E.tee. Na komórce już jest!

   


niedziela, 24 września 2006

Oj. Mam zaskakująco wprost dobry humor, jeśli skonfrontować go z samopoczuciem fizycznym. Poranki po treningach zawsze są męczące, a do dzisiejszego dołożyła się jeszcze niestabilność posobotnionocna, że się tak wyrażę. Jakoś tak tym tygodniu nie udaje mi się stronić od alkoholu. W środę piwo z ekipą przy Rage'u, w czwartek przypadkowe koleżanki i kolegi spotkanie, w piątek z szefem rozmowy, wczoraj "spotkanie klasowe". W cudzysłowiu wale, bo się nas tylko piątka zebrała, ale to nie problem akurat, bo zaproszonych osób było 7, więc statystyka jest po naszej stronie.

A wczoraj pierwszy mój pełny trening w ochraniaczu, padzie.


Zdążyłem się już troszkę przyzwyczaić wcześniej i problemów większych nie było. Tyle że wyglądam w nim jak chopek z lego :) Wrzuce kiedyś fotke.

Problemów nie było też dzięki pogodzie. Była (i dziś też jest) wspaniała. Ciepło, ok 20 stopni, niebo bezchmurne, wietrzyk lekki. Czysta rewelacja. A kiedy czekałem na pociąg w Piotrowicach po treningu wlazłem sobie na kładkę nad torami. Tam to mi się zawsze cholernie podoba, bo kładka wysoko, same Piotrowice dość wysoko, a cała okolica w zieleni i niskiej zabudowie. Nie są to widoki jakieś godne tłumu turystów, bo to taka przemysłowo-sypialniana dzielnica Katowic w zasadzie, ale ta wielka widoczna przestrzeń rozjaśniona słońcem i ograniczona od góry kolorem niebieskim a nie szarym zawsze mnie zachwyca. Bardzo lubie tamto miejsce. No i pośpieszny przejeżdżający metr pode mną to też fajny widok.

Nabyłem sobie jeszcze na dworcu w Los Raques encyklopedyczny przedownik po mitach o stworzeniu świata. Feler jego główny to to że autorzy ani słowem o Słowianach czy Bałtach nie wspominają, "z sobie znanych przyczy" zresztą, jak można przeczytać w przedmowie do wydania polskiego.

A swoją drogą wspomniane spotkanie klasowe było dość męczące, bo jak mi się kumulacja Strongaczy odpaliła to gwoździa solidnie przybiłem. Powrót do domu był męczący jeszcze bardziej, Wojtek i Agnieszka mnie odprowadzili i zmobilizowali, bo sam bym doszedł o wiele później, z przerwą na drzemke w krzakach. Dlatego nie lubie pić w te same dni, kiedy trenuje - zmęczenie zbiera swoje żniwo. Było też przyjemne zaskoczenie. Po opuszczeniu knajpy poszliśmy do Lucy, weszliśmy do mieszkania, a tam Roger się produkuje - Roger Waters w głośnikach, "Amused to death"! Pierwszy raz słyszałem tę płytę u kogoś innego niż u mnie samego, hehe... Mąż Lucy, Sewer, coś tam kiedyś grał, bodajże w Boa - taki rudzki zespół. W każdym wypadku pogadaliśmy o Rogerze, Floydach, koncercie... Tyle że już miałem początki wspomnianej kumulacji i mało pamiętam.

A teraz zbieram się do babci na obiad. Czemu tak wcześnie? Bo...

DZIŚ GÓRNIK W PIŁKĘ GRA!
TORCIDA JEST!
WYGRYWA MECZ!

:)

środa, 13 września 2006
La noche con los Cargadores de San Diego

K...  <- O, no tyle zostało ze wczorajszej nocki. Znaczy emocje już opadły, ale wczoraj w moich myślach słowo to w wersji niewykropkowanej rozbrzmiewało głośno a często.

Zaplanowałem sobie bowiem nocke futbolową: wpierw Minnesota Vikings vs. Washington Redskins a później ajne gwóźdź of program - San Diego Chargers uczący pokory Oakland Raiders! Mecze pokazywane były odpowiednio o 1 i 4 w nocy naszego czasu, chciałem więc przyjść do domu ok. 19 i przespać się tak do północy. Nie wyszło. Wściekałem sie w biurze, że choć przyszedłem wcześniej to wyjść muszę później, bo tyle roboty się nazbierało. Do domu dotarłem o 21, położyłem się... No i nic. Wkurzony, że zostało mi tak mało czasu do spania nie mogłem zasnąć. Dziwne? Chyba nie aż tak bardzo, w każdym wypadku nie dla mnie, I've been there before. Wylazłem z wyra o 23, wkurzony że się nie przespałem, siadam do kompa i... jaki piękny zonk! W związku z budową Średnicówki moja kablówka, która ma w okolicy budowy część infrastruktury, odłączyła się aż do rana od sieci.

No wypas. Jedna taka noc, to oni akurat muszą wyłączyć... bylem na zmiane wkurzony i załamany. Znaczy wkurzony, a jak się zmęczyłem to załamany. Pytania "Nie masz poważniejszych problemów?" ignoruję, bo bardziej wkurzał mnie fakt "mania" takiego pecha niż nawet samej niemożności obejrzenia meczu. Nawet nie było komu pokląć na gg z braku dostępu do w.w., ale to pewnie i dobrze. Ech... następny mecz Chargersów pokażą na żywca pewnie gdzieś za półtora miesiąca, w końcu jest dużo drużyn do obskoczenia... W każdym wypadku siedziałem do drugiej, oglądając film, czytając i co chwila sprawdzając czy a nuż ruszyło. Ale nie. Hope dies last. Wkurzyłem sie na koniec że mimo iż nic nie obejrzałem to i tak się nie wyśpię i znowu długo nie mogłem zasnąć. Rewela.

Tak więc nic nie wyszło z upragnionej, tytułowej "La noche con los Cargadores de San Diego". Ciekawym czy to choć troche po hiszpańsku.
niedziela, 10 września 2006
Aaaa, ch. z tym.

Jednak nie. Jednak stwierdziłem że przyzwyczaiłem się do Porannego, zresztą nie lubie wyrzucać niepotrzebnych rzeczy. No i wygodnie mieć stronke z linkami :>

--------------------------------------------------------------------------------------------

Robert

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem hej, oglądałem formułe 1 z dziadkiem. Zastanawiałem się wtedy czemu tam "nasi" nie jeżdżą i kiedy to nastąpi. Skoro ich jednak nie było to kibicowałem geniuszowi - Ayrtonowi Sennie i jego McLarenowi. Kiedy zginął na torze w San Marino w 1994 roku moje zainteresowanie tym sportem znacząco zmalało, a jako że zdążyłem też poznać finansowo-techniczne zaplecze F1 przestałem zawracać sobie głowę szansami Polaków na udział w tej klasie wyścigów. Wreszcie jednak pojawił się ktoś wystarczająco dobry by wystartować w GP. Pisałem o nim już kilka tygodni temu, przy okazji debiutu w Grand Prix Węgier, dziś jednak... dziś jednak to coś więcej, dziś jest wielki dzień - Robert wywalczył podium!! Polak na podium wyścigu F1, oblewający szampanem samego Michaela Schumachera (którego zresztą nie znosze, m.in. za wywalenie z toru Miki Hakkinena)! Coś niebywałego... po genialnym starcie przebił się z 6tej pozycji na trzecią i utrzymał ją po wspaniałej walce z Phelippe Massą (ale też dzięki łutowi szczęścia w postaci eksplozji silnika Fernando Alonso) do samego końca, kiedy Schumacher i Raikkonen zjechali do boxów był przez jakiś czas nawet liderem! Wielki, wielki dzień. Wzruszenie dosłownie mnie zatkało, kiedy oglądałem jak przejeżdża metę, kiedy staje na podium pod biało czerwoną flagą. Gęsia skórka. Spełniło się jak najbardziej realne marzenie jego, i moje - w zasadzie zapomniane, pewnie zresztą dzielę je z wieloma innymi.

A dzisiaj na konferencji prasowej zwycięzców (z udziałem Kubicy oczywiście) Schumacher ogłosił zakończenie kariery. Wreszcie. Jest w tym jednak jakas symbolika, kiedy wielki kierowca, weteran, mistrz (i dupek) odchodzi w towarzystwie młodego, jeszcze niedoświadczonego, ale już wspaniałego zawodnika.

Dzięki Robert!

--------------------------------------------------------------------------------------------

To nie byłby dobry dzień na skasowanie bloxa, fo shizzle.


środa, 06 września 2006
Da answer iz...

Po pierwsze - eee, i tak od dawna nic ciekawego do napisania nie miałem :>

Ale odpowiem, najpierw Wam:

Tjeden - Ty to byś mógł częściej pisać ;D A swoją drogą znasz Riverside? Jak lubisz Floydów, Come itede to też by ci się spodobali, a to polska kapela. Trzy komentarze niżej masz eksperta :)

Aggtt - No co, też "się zamknęłaś" :>

El - Szacun. Ale takie pisanie raz na miesiąc nie miałoby sensu.

Tilinie - no stary, wpaść możesz nawet bez browarów, przecież wiesz że zawsze w domu parenaście mam :> A końkurs zaraz rozwiąże.

... I jak rzekł tak uczynił. Alas, mylicie się, moi drodzy! Nic to z porą dnia, ani ranami :) nie ma wspólnego. Otóż inicjatorka powstania mojego bloga ma na imię Anna. Ot, i to rozwiązanie: por - to takie hiszpańskie "dla", między innymi. Pro - "dla", dla odmiany czeskie. Zawsze lubiłem mieszanie słów z różnych języków :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31