RSS
wtorek, 16 stycznia 2007
"Moje serce płacze...

...Chargersi przegraaali meeecz!" - śpiewa mi się w duchu od niemal doby. Ćwierć-w zasadzie-finał NFL, mecz z tak nielubianymi Patriots - a oni przegrali. Ale może kocham ich jeszcze bardziej przez to. Bo przegrali... tak na własne życzenie, tak po mojemu, tak po... polsku! Czyste frajerstwo, niezdolność utrzymania koncentracji i dominacji w ważnym momencie - skąd my to znamy? Ileż to już takich porażek - i to zdecydowanie nie tylko sportowych! - w historii - i to zdecydowanie nie tylko sportowej! - tego kraju było! Ileż szans zbiorowym wysiłkiem wywalczonych, a następnie zbiorowym (nieco mniej, ale jednak) wysiłkiem zniweczonych! A to jeden ma ręce dziurawe i piłki złapać albo utrzymać nie potrafi, a to inny nerwów na wodzy utrzymać niezdolny...

Fuckin' scary. Fatum złowieszcze.

Ale jeszcze coś fuckin' scary w czasie tego weekendu było. Otóż trafiłem u babci w czasie niedzielnego obiadu na telewizyjny odgrzewany kotlet w postaci Opola. I to odgrzewany do kwadratu, bo w jego ramach odbywał się koncert starych przebojów w nowych wykonaniach. Good heavens. "Jest taki samotny dom". W wykonaniu nie wiem kogo, bo nie widziałem samego początku, ale niedawno puszczał mi tę wersję Tilin, muszę go spytać, żeby unikać na przyszłość. Jakiś z względnie nowych polskich zespołów neoprogresywnych. Wtedy jakoś mnie to nie zszokowało, ale tym razem już owszem. W czym rzecz? A w tym, że w oryginalnej wersji ten utwór ma w sobie jakąś energię, pazur taki. A tutaj taka wersja gładziutka, spokojna, coś a'la Edith Górniak z hymnem w Korei, czy tam raczej wersja "machaj-zapalniczką-teraz". Po stronie wizualnej - znaczy się zaangażowanych machach wokalisty i -stki - możnaby uznać że nie jest źle, ale słychać w tym żadnej emocji nie było. Szarganie świętości, neospierdolizm. Miało być łagodnie, w sam raz na Opole, to było. Rozumiem jakby to całkiem inna aranżacja była (wspaniale możnaby to wykonać z wykorzystaniem np. tej orkiestry i chóru Opery Śląskiej w Bytomiu - tej samej, która z Dżemem nagrała "Dżem w Operze"!), ale nie, oni po prostu obcięli jaja temu strudzonemu wędrowcowi, który schronił się w martwym, pustym dworze.

A potem na scenę wytoczyła się Kora, którą generalnie lubię, i znowu z bazooką na królewnę Śnieżkę. "Karuzela z madonnami" (której niedawno pisałem ku zadowoleniu jednej z Czytelniczek, nieprawdaż? :). Powtarzał się nie będę, arcydzieło, w oryginalnym wykonaniu zapierające dech w piersi. Faktycznie, Korze też zaparło, bo stękanie tekstu szło jej nader kiepsko. Także bez uczucia (chociaż majtanie kończynami i skakanie po scenie mimo braku tchu jakoś funkcjonowało), tylko z minami. A najgorsze nadeszło wraz z tymi dwoma fragmentami kiedy Ewa Demarczyk wspinała się na wyżyny możliwości dykcyjno wokalnych. No cóż, ja rozumiem że wyśpiewać w takim tempie "Migająwkrąganglezygrzywilambrekinysiodełigorejącewzorybryk wiecisto-laurkowe" oraz "AonewLeonardachmin,wobrotachRafaela,wokrągłychogniach,wklatkachzlin, wprzedmieściachiniedzielach" to nielajtowe zadanie ale... pomijać? Pomijać, zastępując krótkim, koszmarnym "riffem" gitary? Jak się stopniuje "niesmak"? Niesmak/zdegustowanie/bulwersacja? To ja czwartą opcje poproszę - wiązanka.

No i przez tę Korę cholerną skrobię tutaj tak długo, zamiast spać. Rano pożałuję.



niedziela, 14 stycznia 2007
Na jedynce

Diabli nadali. Jak nie urok to sraczka, no. W zeszłym tygodniu kiepski trening, bo po niecałych dwch godzinach snu wysiłek fizyczny sprawia problemy. Urok? Ale dzisiaj... dzisiaj to drugie, dosłownie. Poszedłem wczoraj względnie wcześnie spać, żeby dzisiaj być w formie. Bardzo mi na tym zależało, zwłaszcza po motywacyjnej mowie jednego z naszych gringos, wyjaśniającej m.in. dlaczego dla nich, dla naszych Amerykanów gra z nami jest tak ważna. A tu rano się budze, żoładek napiera, niedobrze mi i wogóle. Pełna porażka. Pojechałem jednak, zwłaszcza że miałem dziś wygodny transport, licząc na to, że się poprawi. Gdzie tam. Przesiedziałem tylko kilka godzin, bo nawet stanie mnie męczyło. Lechu odwiózł mnie do hacjendy, ogólnie dzień był ciężki. Leżałem pod kołdrą grubo ubrany a i tak było mi zimno jak cholera. Czytałem sobie Clarksona. Po paru godzinach trochę się poprawiło, a jako że czas był na prysznic to wpadłem na mroczny plan - co będę stał, naleję sobie wody i się okąpie, a co! Pierwszy raz od, cholera wie, 15 lat? W każdym wypadku od czasu jak zorientowałem się że prysznic zabiera jednak mniej czasu :> Ale co tam... dzień i tak w 100% stracony, to co mi szkodzi... wziąłem sobie nawet gazetkę do poczytania, odpaliłem Antyradio...

Co jak co, ale jednak urosłem od ostatniego razu - wanna mała, cielsko moje wielkie - leeedwo się pomieściłem, hehe... Niemniej jednak fajnie tak poleżeć w ciepłej wodzie i wywoływać małe tsunami przy każdym gwałtowniejszym ruchu :>

A kompa odpaliłem dopiero 8 godzin po przyjściu do domu. Nie do wiary!

wtorek, 19 grudnia 2006
"Królu, racz sam odjechać"

1. Przekładając papiery położyłem fakturę dla firmy z ulicy Nałkowskiej w mieście K. na fakturę dla firmy z ulicy Norwida w mieście W. Ciort z miastami. Mieszkam na Nałkowskiej, pierwszy rok życia mieszkałem 100 metrów dalej, na ulicy Norwida. Wot, koincydencja!

2. To "1." to była ściema, "2." też, bo po cholere numerować?

Ostatnio zrobiłem się monotematyczny w obrębie podświadomości tak jakoś. Znaczy się - ogólnie to rzadko kiedy coś mi się śni, bo budzik wyrywa mnie ze snu z pominięciem REM, łobuz jeden. Ale czasy ostatniemi, kiedy coś śnimisię, to nieodmiennie jest to jedna z pań: A., lub D., czasem osobiście, czasem metaforycznie, ale jednak. Ogólnie jakoś tak częściej mi po łbie chodzą. Z A. to bardziej zrozumiałe, bo jakiś tam kontakt utrzymuję i ostatnio martwiłem się często o jej najwyraźniej kiepskie samopoczucie. A D.? Ostatnio tak jakoś komicznie (?) się złożyło, otwarłem sobie folder z mp3czynami, taki przekrojowy, z różnymi lubianymi kawałkami. I tak nie mam pewności co by tu sobie odpalić, natrafiłem na plika bez nazwy zepsołu, sam tytuł który jakoś mi się nie skojarzył. Odpalam - a to mało popularna kapela, ulubiona (choć nie wiem czy wciąż) D. "Motyla noga!" - myślę sobie - "No way!". I klikam co innego, chciałem żeby z przytupem było. "Sen o Warszawie". Ona w Warszawie stacjonuje. Inapriopriate! "Jestem odpadem atomowym". To było dawno! "Romanca Cherubina". Bez komentarza. To ostatnie zwłaszcza wymowne: "Pojechał w obce strony paź na koniku wronym, o jak ciężkie od smutku ma serce, koń niesie go gdzie zechce. Zatrzymał się u źródła. Jak z tym smutkiem na sercu żyć trudno". W końcu udało mi się z tego kręgu wykliknąć celnym strzałem w niezawodną "Niewidzialną armię" Armii. Skąd jednak takie myśli itd.? Mam pewną teorię, która wydaje się być niezłym wyjaśnieniem.

From the other barrel. W telewizji zaczęła się już kampania zapraszania przed telewizory w świąteczne wieczory (Good heavens! Wilijo już za 5 dni. Jak to zleciało... przerażające.), efektem czego chwila zadumy nad zastępowaniem starych mądrości ludowych i przysłów nowymi, ciekawymi, popkulturowymi odpowiednikami. "Polegać jak na Zawiszy"? Po cholere, skoro to "Pewne jak Kevin na święta". W słowniku mym archaiczne "Nie wszystko złoto co się świeci" dawno już ustąpiło miejsca nowoczesnemu, cynicznemu, RE-WE-LA-CYJ-NE-MU! "Na kredowym nawet Bytom wygląda ładnie" (kopyrajt: kabaret Ciach). Może jeszcze jakieś propozycje? Fajnie by było zrobić taką nową księgę przysłów.
wtorek, 12 grudnia 2006
Lewe lewe

"Jest czwarta w nocy, piszę przez chwile to co mi się we łbie ułożyło i chciałbym chociaż za oknem wiar dmucha zanucić ci prosto do ucha:"

No bo jest czwarta, nawet po. Wróciłem właśnie z biura, najprawdopodobniej pobiłem swój rekord :> W końcu przyszydłem tam o 9:15, rano, wczoraj. No cóż, często coś w teorii wydaje się być możliwe do zrobienia tak hop-siup, a jak się człek za to zabierze to problem za problemem. Ale załadowanie 64 dużych kartonów do Boxera to wynik godzien wszelkich poświęceń i tyle! Puzle + Tetris 4D, czterowymiarowy, bo w końcu te kartony też coś ważą, nieprawdaż. Futbol też się przydał - jeden karton był skrajnie oporny, ale wycedziwszy przez zęby "Miners nie da rady?!" zaaplikowałem go na miejsce przy użyciu technik pomagających w przesuwaniu stawiających opór obiektów.

No ale w sumie przerwe miałem, wiedząc że auto przyjedzie późno (choć spodziewałem się że ogólnie w domu będę najpóźniej o pierwszej) pojechalem do babci na obiad. W drodze powrotnej jednak jakoś tak mi sie nastrój wieczoru udzielił i od próby przypomnienia sobie kawałka "Zaczarowanej dorożki" (to wina Yeży!) doszedłem do podśpiewywania sobie fragmentu "Karuzeli z madonnami". "Furioso a'la Polacca" - to to co mojem zdaniem łączy te dwa utwory. I to, co w nich najbardziej cenię. Tyle że ewidentnie Ewy Demarczyk trzeba było żeby w takim tempiem i z tak niedorzecznie doskonałą dykcją wyrzucić z siebie coponiektóre fragmenty "Karuzeli", przeto w ich miejsce musiałem gwizdać tudzież tadamdamować sobie. Idiotyczne, ale konieczne.

Niemniej jednak jestem z siebie zadowolon: mimo tak długiego dnia, zmęczenia i późnej pory nie uległem - pozwoliłem windzie spać dalej, wlazłem na to swoje siódme piętro po schodach.


sobota, 02 grudnia 2006
It's all about leadership

I met a god today. His name is Jeff.

E.tee przedwczoraj zapowiedział że na treningu pokaże się jakiś nowy jankes, bardzo doświadczony, grał nawet w collegu - i to jeszcze quarterback, rozgrywający, rdzeń każdej drużyny. Brzmiało cholernie, cholernie obiecująco. Imponująco wręcz. Futbol na poziomie amerykańskiego college'u to dla polskich graczy narazie coś jakby kosmos.

Pojawił się trochę później niż reszta, ćwiczył z innymi grupami niż ja (inne pozycje), ale wreszcie na koniec treningu tradycyjna gra atak vs. obrona. Ciężko mi to opisać, ale udało mu się nas perfekcyjnie zorganizować (mimo że on nie gada po naszemu, część nas nie bardzo kuma angielski oraz że grali z nami chłopcy - świetni zresztą - którzy zaczęli treningi dosłownie przed chwilą) i - przede wszystkim - zmotywować. Proste słowa, zdecydowanie, pewność siebie. W życiu nie spotkałem kogoś z takim leadershipem. "Okay guys, I'm not gonna have anything broken here, and it's up to you." "You see my jersey? It's clean, and it should better be clean after the game, so I don't have to wash it." " You're not gonna get the ball this time, but I want you to pretend you have it, your head down, go thru this gap and fuckin' kill everyone that gets in your way". Niby żadna sensacja, ale daliśmy z siebie wszystko. A już na pewno my - linemani, jego ochrona.

Mimo jednego drobnego błędu - i to akurat nie naszego, tylko Jeffa - koszulka została czysta.

P.S. Trza jednak będzie zacząć jakiś trening kondycyjny - narzucił tempo, do jakiego sam jest przyzwyczajony, i dobrze, tyle że jakby nie był grudzień to umarłbym po 5 minutach :>


środa, 29 listopada 2006
"Rano trzeba wstać, rano to jest..." - Oj, STFU!

Kurde. Znowu siedziałem w biurze od rana do nocy, żeby nadgonić parę zaległych tematów. U babci na obiedzie byłem troche przed 23, w domu - po północy. A tu jeszcze posprzątać trza było, prysznic wziąć... znowu sie nie wyśpię. Tym bardziej że bladym świtem ma przyjść pani z administracji celem odpisać stan wodomierza. Bo w piątek mnie nie zastali. I dali mi łaskawie 3 dni na ustalenie nowego terminu. 3 dni! W tym sobota i niedziela! Pierdoleni faszyści, toż to z sądu, WKU czy skarbowego by dali tydzień, a ci proszę, 3 dni. Niestety rozmawiałem akurat z panią z administracji z którą mamy dobre układy (co jest korzystne) i nie mogłem przeto rzec jej że prędzej zobaczy na niebie księżyc zamieniony w logo gadu-gadu niż mój wodomierz jutro (dzisiaj) rano. Dobrzy bogowie, ależ męczące jest te wymyślanie cenzuralnych porównań!

A co do oglądania na niebie, przy mgłach jakie się pojawiły w tym kraju w ciągu ostatniej doby to niebo można sobie obejrzeć na obrazku jakimś conajwyżej. Ale fascynująca jest ta mgła, znaczy świadomość że dała radę objąć większość kraju, a nie tylko mały wycinek jak zwykle. No i że tyle trwa, mimo iż przecież wcale nie jest bezwietrznie. Zresztą stanowi ciekawe widowisko, oświetlona światłem żółtych latarni, dzielących ją na regularne pasma. Nie wiedzieć czemu, nastroiła mnie do nucenia sobie mojego ulubionego fragmentu "Feniksa" Wishbone Ash - tego fragmentu, który dla mnie jest kwintesencją rockandrollowej energii.

Well, teraz jeszcze tylko trza napisać dość długiego i istotnego maila do obiecującego partnera handlowego i można w kimę... rychło w czas, kurna.
sobota, 11 listopada 2006
Rinat Mardanchin

Rosyjski żużlowiec. Z Baszkirii Ufa. Kilkanaście lat temu jeździł w jednej z najsłabszych (wówczas, bo teraz już nieistniejącej w ogóle) drużyn żużlowych w Polsce - w Śląsku Świętochłowice. Której to drużyny byłem kibicem, z ojcem jeździłem na mecze na świętochłowickiej Skałce. W czasie kiedy u nas występował, Rinat był nawet w niezłej formie, zdarzało mu się nieźle pojechać w wyścigu. Później Rinat odszedł, następnym ulubieńcem publiczności został słoweniec Izak "Dori" Santej, potem Śląsk upadł, long story short - nie słyszałem o tym kolesiu już z 10-12 lat. I co? I dzisiaj mi się przyśnił. A raczej nie on sam (całe szczęście, to by dopiero podtekst był :P), tylko artykuł w gazecie zawiadamiający o tragicznej śmierci Rinata w wyścigu, jakżeby inaczej, żużlowym. Ależ mnie żal zdjął, w końcu jako kibic Śląska lubiłem gościa... zaraz też przypomniał mi się inny tragicznie zmarły żużlowiec - Rif Saitgariejew, straszny pechowiec (zginął w swoim pierwszym w czasie kilkuletnich występów w Polsce wypadku groźniejszym niż otarcie dupy o powierzchnię toru). W każdym wypadku od rana zachodzę w głowę skąd taki sen? Czemu akurat teraz, po parunastu latach, zawodnik ten mi się przypomniał, i to jeszcze w takiej formie? Pomijając fakt że nawet w czasach swojej świetności był słabo znany, a teraz jest już tak zapomniany, że wzmianka o jego śmierci mogłaby pojawić się na pierwszej stronie dużej gazety prawdopodobnie tylko w wypadku gdyby został na oczach tysiąca świadkow pożarty przez pterodaktyla. Zresztą podejrzewam że wtedy artykuł (o zdjęciu nie mówiąc!) i tak byłby poświęcony raczej pterodatylowi niż ofierze.

Ciekawe co na to sennik (niekoniecznie egipski). Ma ktoś pożyczyć?

wtorek, 07 listopada 2006
Wet, wet, wet

W poprzednim odcinku:
Jorge wraz z Consuelą, która okazała się być starszą siostrą ciotki Fernando z trzeciego małżeństwa narzekają na śnieg, który utrudni organizację meczu, carramba.

Akcja!
W sobotę wieczorem zrobiło się ciepło i zaczęło lać. "Śnieg się stopi!" - ucieszył się narrator i nawet podziękował zimie za chwilowe wycofanie się.
W niedzielę rano śniegu nie było w zasadzie. Jednak lekko siąpił deszczyk. Narrator dotarł na stadion ok. 9 rano. Boisko było... jeziorem. Płytkim, ale jednak. Na tyle płytkim żeby nie być jeszcze jeziorem, dość głębokim by nie być już boiskiem. Pan z MOSiRu wziął łom i przebił się w paru miejscach do drenażu, woda zaczęła schodzić z największych kałuż, w tempie dość wolnym, na szczęście szybszym niż docierały do niej posiłki prostoznieba. Sytuacja jednak wygrała koszmarnie. Padło hasło, że mecz się nie odbędzie, ale my swoje musimy zrobić, żeby nie było. Przy ciągle padającym deszczu i na mocnym wietrze zaczęliśmy mierzyć boisko, część ekipy łopatami i taczkami zbierała i wywoziła resztki śniegu i... wody. Mówiłem że sytua była paskudna? Ale w pewnym momencie wkurwiłem sie: powiedziałem paru chłopakom, że jeśli w tych warunkach zorganizujemy ten mecz i on się odbędzie, to będzie znaczyło że jesteśmy zajebiści. Nie wiem czy wzięli sobie to do serca, ja na pewno, bo w końcu to mój tekst był. Była 11, a my mocno zmoknięci. Nie będę opisywał jaka ciężka to była robota, zwłaszcza z tej strony gdzie było pełno błota (tylko z jednej - przenieśliśmy bowiem boisko w bok, pod same wały ziemne stanowiące "trybuny"). Później zwątpienie przyszło, kiedy okazało się że maszynki do robienia linii zamiast linii robią nas w wała. Mimo obaw o przedwczesne wykończenie materiału roboczego zaczęliśmy linie sypać łopatami. Materiału (wapna z pigmentem) wystarczyło, czasu jakimś pieprzonym cudem też - wyrobiliśmy się bez obsuwy. Sam w to nie wierzę. Ale wyglądaliśmy wtedy jak zmokłe kury. Moje dżinsy kleiły się do nóg. Nawet bokserki miałem kompletnie przemoczone. W prawej kieszeniu kurtki miałem kałużę, której nie mogłem wylać bez rozpiniania kurtki. Dłonie przemarznięte, zgrabiałe, pomarszczone od tej całej wilgoci. W moich butach, niezłych trekingówkach, przy co gwałtowniejszych ruchach chlupała woda. Waterworld. Wodnik Szuwarek. Ale nie daliśmy się, mecz się odbył, mimo że kochane aniołki szczały na nas non stop.

Jesteśmy zajebiści.

sobota, 04 listopada 2006
Hipokretyn?

No proszę. Pamiętata zapewne, jak się zawsze zimą zachwycałem, a tu proszę, jak życie weryfikuje...

Jutro organizujemy mecz między Warsaw Eagles a Pomorze Seahawks. Wszystko dograne, plakaty rozwieszone, ulotki rozdane, a tu nagle zima postanowiła się zapowiedzieć... Pierwszy problem: zimno, więc przyjdzie mało ludzi. Drugi problem: utrudniony dojazd, więc przyjedzie mało ludzi. Trzeci problem: śnieg na płycie boiska - mecze nie zostanie więc rozegrany na głównym boisku Pogoni, tylko na bocznym (choć jest i plus - jest ono o 5m dłuższe). Czwarty problem: śnieg na płycie boiska - trzeba go usunąć. Piąty problem: na bocznej płycie zaplanowany jest od 9:00 jutro mecz piłki nożnej - tak więc na wymierzenie boiska, wyrysowanie linii będziemy mieli jakieś dwie godziny. Ostatnio zajęło to bodajże sześć. Czysta rewela...

Od południa do czternastej dziś wraz z Mirem, Hessusem i dwoma panami z Mosiru odśnieżyliśmy płytę boiska - a w zasadzie 3/4 jej, ponieważ później zaczął prószyć śnieg. Postanowiliśmy go przczekać, akurat ekipa się zmieniła z Mirka i Hessusa na Kryza z E.teem. Poszliśmy na bilard do Plazy. Jak wyszliśmy - jebana Syberia. Cały wysiłek psu w dupę. Potem przyjechała reszta ekipy, ale przy gęsto padającym śniegu nie było sensu nic mierzyć, rysować... pograliśmy za to sobie na luzie w dość jajcarskim stylu - nawet raz byłem rozgrywającym dostałem piłkę i przebiegłem z nią jakieś 40 jardów - w tym ostatnie 15 z obrońcami na plecach ;>

Ale jutro trza wstać o 8mej, jechać na boisko i próbować się jakimś cudem wyrobić z organizacją...

niedziela, 22 października 2006
Kraków Tigers - Silesia Miners 14:46



---------------------------------------------------------------------------------------------

Zaprawdę, ostatnio można odnieść wrażenie że to blog nie mój, ale drużyny. Jednakże nie mogę ukryć, że ostatnio drużyna ma dla mnie ogromne znaczenie. Jak druga rodzina ;)

Troszke jednak tę rodzinę zdradziłem, bo nie świętowałem z nimi zwycięstwa w autobusie, tylko pojechałem do Krakowa (graliśmy w wiosce nieopodal) odwiedzić Elsie i Wuzla. W końcu dawno się z nimi nie widziałem... wieczór był bardzo fajny, nawet udało mi się nie schlać :> Pogadaliśmy o różnych ciekawych sprawach, bo to i bardzo ciekawe i wykształcone towarzystwo. O językach obcych (ze szczególnym uwzględnieniem jidisz i hebrajskiego), o religii, a nawet o Penelope C. (brzyydal), J.Lo (brzyyyydal) i Cameron D. (Briiitneeej!).

Przekimałem się u Elsie, rano zjedliśmy śniadanko, pogadaliśmy z jej przytłaczająco (w stosunku do mnie) wykształconą i inteligentną rodziną i poszliśmy połazić po Krakowie.

Bardzo, bardzo fajny weekend.

Co ja to jeszcze chciałem... aa! THE SOUTH! BELONGS! TO US!!!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31