RSS
wtorek, 22 maja 2007
Anaberg nie zdobyty...


Z głębokim żalem zawiadamiam, że generalnie daliśmy wczoraj dupy. Mecz, którym mieliśmy przejść do historii jako pierwsza drużyna, która pokona Eagles - przegraliśmy.

Daliśmy sobie wsadzić trzy przyłożenia (dwa w pierwszej kwarcie), bo znowu zagraliśmy słabą pierwszą połowę. Druga była znacznie lepsza, ale i tak sami nic nie zdobyliśmy, tyle że po prostu nie przegraliśmy wyżej.

Miners - Eagles 0:21...

***

W czwartek natomiast wreszcie, po ilu to? sześciu? siedmiu? latach "fanowania" Lao Che wreszcie dotarłem na ich koncert. Było głośno, szybko i zajebiście. Podziękowania dla Tilina i Spaza za towarzystwo!

***

A dzisiaj ważą się losy Górnika... O 19:00 mecz z Wisłą Płock. Winner takes all - zostaje w pierwszej lidze. The horror. Horror... Horror...

***

Miało być jeszcze coś, ale zapomniałem co :\


środa, 16 maja 2007
"Gąsior turysta"

...by Paprika Korps. Zachwycił mię dzisiaj, na tyle że chciałem tekst tu wrzucić.

Poważnie! Nawet chciałem ręcznie wklepać.

Nawet zacząłem.

Nawet ze słuchu.

Jednakowoż tekst jest na tyle długi, żeby blox go nie udźwignął, więc pozwalam sobie zlinkować do niego na jakiejś stronce z tzw. lyricsami.

Natomiast jutro, w ramach Festiwalu Filmów Kultowych w Los Raques wystąpi Lao Che. Może wreszcie uda mi się obejrzeć ich na żywca?


Poison, poison

Jad, jad. Co chwila można na jakiś gdzieś trafić, nie fizyczny, ino taki co zatruwa bądź podtruwa ducha. Są różne przykłady, różne możliwości - każdy duch najpewniej ma zestaw swoich własnych. To jakby ciało miało swoje własne, indywidualne wirusy - ależ by to utrudniało program obowiązkowych szczepień!
Dzisiaj znowu dopadł mnie i podtruł jeden z nich - i to taki idiotyczny i nierzeczywisty. Ale nie będę o nim marudził, bo po względnie ciekawym wstępie się rozmyśliłem, mogę, a co. Inny przykład za to zapodam: otóż jedną z trucizn, którą to onegdaj sam sobie nader chętnie aplikowałem (bo piękna i kusząca cholernie) była piosnka Radiohead "How to disappear completely and never be found" (zagadka: co ona ma wspolnego z psami? Tylko proszę Aggtt o nieodpowiadanie ;)). Każde jej kilka sekund potrafi mnie dokumentnie zdołować, znaczy potrafiło - bo nauczyłem się z tym walczyć.

I bardzo dobrze - nie czas teraz na doły - w niedzielę mecz! Rewanż z Eagles.

Służę plakatem:




Gotta find fire to breath on sunday, a nie jakieś tam pierdoły! Pierwszy mecz przegraliśmy 6:7 - teraz musimy pokazać, że to był NASZ a nie ICH wypadek przy pracy!

środa, 09 maja 2007
Da game

W niedzielę zagraliśmy kolejny mecz w ramach PLFA - tym razem rewanż z Kraków Tigers, na własnym terenie, właściwie nawet na moim, bo w moim city. Mecz trudny w pierwszej połowie, łatwiejszy w drugiej zakończył się naszym zwycięstwem 49:12. Mieliśmy nawet sporo kibiców i - co cieszy najbardziej - większość została do końca, nawet moje drogie ziomy z osiedla!

Do końca zostali nawet kolega Tilin wraz ze swoją Szanowną Małżonką, prywatnie najpiękniejszą panią fotograf po tej stronie Uralu (i po drugiej zapewne też, ale tam nie byłem) - Estlin, której to oto niniejszym bardzo dziękuję za dokumentację fotograficzną (możliwą do obejrzenia o, tutaj)!

Pozwalam sobie nawet wrzucić tu, w to miejsce publiczne, fotografię swojej mordy z miną zaangażowaną, celem odstraszyć potencjalnych czytelników, nieprawdaż :>




czwartek, 03 maja 2007
Pierdołarium I

3:30 nad ranem. Wychodzę z domu z niedużą torbą, ma przyjechać po mnie szef, jedziemy do Niemiec. Czekam chwilę na klatce, ale dociera do mnie że przecież moge wyjść na powietrze. Wychodzę, siadam na ławeczce, ciepło, lekki wietrzyk. Osiedle śpi, okna ciemne, cicho - tylko gdzieś daleko szczeka pies, czasem przejedzie samochód, ale od drogi oddziela mnie spory pas ogródków, altan, drzew, więc ledwo co go słychać. Skrajnie przyjemnie, przypomina mi się jak kiedyś w nocy wracałem z Zabrza i zamiast iść prosto do domu też siadłem sobie na ławeczce, w prawie identycznych warunkach. Tylko za jasno - że też nie mogło akurat wysiąść oświetlenie! Osiedle wtedy wygląda pięknie.

Po parunastu minutach efekt psują skowronki.

***

Praga, 6 godzin później. Nigdy nie byłem tam w porze porannego szczytu (w ogóle) dawno nie byłem. Kilometrowe korki, mam więc okazje poprzyglądać się miastu nie tylko w jego Hradczanowo-Mostokarolowo-Złotouliczkowo-Świętowitowej wersji. Z drugiej strony muszę obserwować auta - kiedy można jechać, bo szef przysypia. Obaj jesteśmy skrajnie niewyspani.

***

Freising, jakieś 30 godzin później. Sponsorowana przez firmę, której jesteśmy dystrybutorem (właśnie w spotkaniu dystrybutorów uczestniczymy) kolacja w Świętym Stefanie - najstarszym browarze i zarazem najlepszej na świecie szkole piwowarów. Ciort z jedzeniem, ale piwo... Vitus - pszenny bock (czyli mocne piwo wzmacniane metodą znacznie bardziej naturalną niż dolewania spirytu, jak to się dzieje w przypadku Dębów czy innych Strongaczy) o aromacie drożdży i smaku lżejszym, czystszym od dowolnego innego znanego mi piwa, nawet Budweisera - tego prawdziwego, z Budejovic oczywiście. Po pierwszym czuję, że moc jego zacna, zjadam pięć, czuję się miło. W hotelu wypijam drugie tyle, ale już zwyczajnego piwa - nie to samo...

***

Jakieś 20 godzin później - wracamy. Niemcy mają nieregularną długość numerów rejestracyjnych samochodów. Obserwuję je mimowolnie. Na odcinku autostrady między Regensburgiem (Ratyzboną - dobre sobie!) a Dreznem dostrzegam cztery różne samochody (jeden dwukrotnie) o numerach rejestracyjnych z dwoma literami (nieistotne) i trzema cyframi: 6, 6 i dla odmiany 6. Czuję się nieswojo jakoś, w końcu jedziemy szybko. Ale może powinienem sie czuć nieswojo z powodu tego, że to w ogóle zauważyłem? Wiedziony paranoją zauważam jeszcze 6663 (nie dość że trzy szóstki, to jeszcze podkreślone specjalnie że ni mniej, ni więcej tylko właśnie 3) oraz 999 (na szczęście nie dachował).

***

Jakieś 18 godzin później. Gramy w Krakowie mecz z Tigers. Do przerwy ciężko - prowadzimy 14:6, męczymy się. W przerwie Tygrysy się rozluźniają, my podtrzymujemy koncentrację i skupienie i drugą połowę wygrywamy 36:0.

Jako człowiek z natury wstydliwy nie raduję się specjalnie z brania prysznica w towarzystwie kolegów, no ale trudno, trzeba, w końcu nie wracam od razu do domu... :>

Resztę dnia spędzam z Wuzlem i jego aniołkiem Moniką (byli na meczu), oraz z Elsie i Sadiką. Świetne towarzystwo, świetnie się z nimi (Wami, moi drodzy) rozmawia... Nawet mimo to, że oni kulturalni i wykształceni, a ja ino prosty futbolista ;)

Nockę spędzam właśnie u Wuzla i Moniki - śpię dobrze, a nawet udaje im się mnie nakarmić, co przecież wcale nie jest proste, nieprawdaż... Świetne oliwki. I koszerna mortadela też.

***

Pociąg z Krakowa do Katowic robi 90 minut opóźnienia na 96-minutowej trasie. Coś się wykoleiło w Mysłowicach i wracamy się do Dąbrowy, chyba nawet trochę za. Rewelacja! Wracam z Krakowa do Katowic od strony Warszawy. A nie mam nic do czytania...

***

6 dni później. Na stare lata wracam na studia. Ciekawa szkoła, ale opisywał nie będę, hehe... w każdym wypadku - ekipa bardzo fajna. Chyba powinienem sobie w CV wpisać "łatwo nawiązuje kontakt z ludźmi".

***

3 dni później. Jadę do Żywca - głównie do Maćka i Kirsznioka. Głównie w celu konsumpcji piwa. Faktem jest, że od dawna chce mi się w góóóóryyy, ale jak już pojawiają się za oknem pociągu to i tak ciężko mi oderwać się od "Podróży z Herodotem" R. Kapuścińskiego. Ale to się chyba nie liczy - oglądam głównie wnętrze browaru, tudzież browarowego pubu. Piwo nie tak dobre jak w Świętym Stefanie - ale tanio i dużo to też nie jest zła metoda. W drodze powrotnej do Maćkowego mieszkania gdzie mamy bazę śpiewamy w trójkę (a momentami w szóstkę - jest jeszcze Kajtek i Mały z Edytą) różnorakie znane nam i lubiane piosenki, np. o sarnie, o halbie i nową - o wodzionce. Z Maćkiem i Kirszniokiem cholernie lubię śpiewać, czy to po trzeźwemu, czy nawalonemu.

***

Teraz. Piszę notkę. Ma ona dziwny tytuł. Ma ona dziwną konstrukcję. Wzorowałem się na "Lapidariach" Kapuścińskiego, ale jednak kaliber mniejszy i nawet nie próbuję aspirować do tego samego poziomu, a jako że i sprawy mniej ważkie, to tytuł nadałem lżejszy.


niedziela, 15 kwietnia 2007
No i nie uciął

Niestety, niestety... a w zasadzie można powiedzieć, że orli ogon był już na pieńku, siekiera uniesiona, alas, uderzenie było niecelne.

Zagraliśmy niezły mecz, ale do doskonałości sporo nam brakowało. Przegraliśmy 7:6, jednym punktem. Szkoda, wielka szkoda, bo okazji do zdobycia tych brakujących punkcików mieliśmy sporo, w trzech wypadkach zabakło dosłownie centymetrów: ot, piłka odbiła się kawałek bardziej w bok niż powinna i nie trafiła w ręce Josha, tudzież o parę centymetrów za daleko udało się zawodnikowi Eagles wyciągnąć palce i zbił nasze podanie...

Szkoda też, bo faktycznie było blisko zwycięstwa - a nikt jeszcze w Polsce z Eagles nie wygrał. Zresztą, ten wynik to zdaje się najlepszy, jaki polskiej drużynie udało się z nimi uzyskać.

Może to także w jakimś stopniu efekt zmęczenia po dość długiej podróży (wyjazd przed siódmą rano), może coś innego, no ale wynik zostaje.

Nic to, w rewanżu na naszym terenie już to miano niepokonanych stracą ;)

sobota, 14 kwietnia 2007
Jutro w Kutnie, jutro w Kutnie Górnik Orłu ogon utnie.

Czasu brak, gdyż za niecałe 5 godzin wstaję, więc wyręczę się dziś perfidnie:



MINERS!!! MINERS!!! MINERS!!!
poniedziałek, 26 marca 2007
25.03.07: Miners vs Tigers 58:0!

Co tu ściemniać - Południe jest nasze. We wczorajszym meczu pokonaliśmy na stadionie MOSiRu w Rudzie Śląskiej naszych dobrych znajomych z Krakowa 58 do zera (ta pierwsza liczba jest za długa żeby mi się chciało wpisywać ją słownie :P). Tygrysy mają wreszcie dość liczną ekipę, ale większości brak doświadczenia - prędzej czy później go nabiorą, ale narazie możemy się cieszyć zwycięstwem i tym, że z naszych dotychczasowych trzech meczy wygraliśmy dwa, w małych punktach (małych... ile to sie trza narobić żeby je zdobyć!) prowadzimy 104:50.

Aha, i chciałem Zimę ładnie przeprosić i podziękować bo grzecznie pozbierała zabawki w czwartek i choć boisko rozmokłe, to pogoda była piękna. Dzięku temu wreszcie było więcej widzów niż zawodników, hehe.

No i świętowanie po meczu było dobre, a jak!

Żadnej głębszej myśli na koniec nie będzie, bo sie za wcześnie obudziłem i teraz chce mi się spać. A tu trza za chwilę na autobus do biura się zwijać...

czwartek, 22 marca 2007
Orgia

Dowcip taki jest: znajomi sobie orgię zorganizowali, idzie nieźle, ciemno, słychać różne adekwatne dźwięki, gorąca atmosfera. Nagle jeden z uczestników zapala światło i drze japę do tych zdziwionych, oślepionych nagłym światłem ludzi "Stop! Kurwa! Ustalmy jakieś zasady, bo już trzeci raz pod rząd robie loda!" [śmiech z taśmy]
To jeden z moich ulubionych. Przywołałem go z dwóch przyczyn: po drugie, żeby móc dać notce chwytliwy tytuł, a co, inni mogą to ja nie? Po pierwsze natomiast chciałem podkreślić, że czuję się trochę jak ten gość. TROCHE! I W 100% METAFORYCZNIE! Żeby nie było. Już klaryfikuję czemu.

Nie tak dawno temu, 5-go listopada, organizowaliśmy u nas w Rudzie mecz na szczycie ligi futbolowej Warsaw Eagles - Pomorze Seahawks. Cały czas piękna pogoda, ciepło, słonecznie, plakaty rozklejone, ulotki rozdane. A tu nagle w sobotę, dzień przed meczem, walnął śnieg. Stopniał przez noc, zostawiając nas z basenem zamiast boiska... opis naszych walk z żywiołem zapodałem tu, o. [brzydkie wyrazy[między innymi z taśmy]].

W niedzielę najbliższą gramy przedsezonowy sparing na tym samym boisku, podejmujemy Kraków Tigers. Do meczu sportowo jesteśmy dobrze przygotowani, wszak sezon blisko. Pogoda piękna, wiosna pełną gębą, nastroje bojowe... A tu proszę, niespodzianka: spadł śnieg. No nie mam słów innych niż niecenzuralnie, wyobrażam sobie bowiem znowu walkę o przygotowanie boisko, bo nawet gdyby śnieg do jutra zniknął, to ziemia będzie mokra jak gąbka. Załamka.

I tutaj dochodzimy do orgii. Pragnę bowiem zawołać niniejszym gromko: DROGA ZIMO! STOP! KURWA, USTALMY JAKIEŚ ZASADY! Miałaś 3 miesiące na popisywanie się, w tym czasie śnieg leżał tu łącznie może z dwa tygodnie, w kilku krótszych okresach, w których zajmował się głównie topnieniem! A teraz, jak mamy organizować mecz, to akurat spuszczasz nam go na łeb! Miałaś, jak już rzekłem, przynajmniej trzy miesiące, ale teraz już mamy kalendarzową wiosnę, tak więc twój czas minął i proszę weź sobie cały ten śnieg zaaplikuj doodbytniczo, żeby nie rzec dosadniej! Jakiś porządek chyba musi być, nie?

Straszne słowa, jeśli wypowiada je ktoś tak onegdaj w tej porze roku zakochan, i za takiego ją uważający sprzymierzeńca... Ech... Nic miłego. Możnaby jedynie zaśpiewać wyrwany z kontekstu fragment "Persefony" Wishbone Ash:

"There's no longer magic in your eyes"

I tym pesymistycznym akcentem...

poniedziałek, 12 marca 2007
"Oni zaraz wezmą mnie..."

To nie będzie dobra notka. Jestem bez weny i zdekoncentrowany. I zmęczony w sumie. Ale temat jest.

Parę dni temu umarł bowiem Tadeusz Nalepa. Wielki muzyk, legenda. Ale jakoś mnie ten fakt... sam nie wiem, w zdziwienie jakieś wprowadził. Znaczy nie tylko to, że umarł (dowiedziałem się siedząc u kumpla po meczu Górnika, o którego wyniku wspominał nie będę), tylko jak ten fakt przeszedł w mediach i świadomości mojej. Nazbyt cicho, jak na muzyka tego kalibru. Owszem, w telewyzjy mówili, w gazetach pisali, ale tak jakoś nie zwróciło to mojej większej uwagi. A powinno! Do jasnej cholery! To autor największego polskiego standartu bluesowego i naszej własnej, polskiej wersji "Hey Joe", w niczym nie ustępującej wersjom zagranicznym, a nawet je przewyższającej. Naprawde, skołowany się czuje. Może to dlatego że całkiem niedawno pisałem o Mirze Kubasińskiej tuż po jej śmierci, w kontekście utworu, który razem nagrali - "Wielkiego ognia"? A może dlatego, że Nalepa był tak mało medialny? Rozmawiałem o tym dziś z Plazmitą i doszliśmy do wniosku, że to chyba właśnie ten "kiepski pi ar" spowodował, że TN nie był nam znany tak blisko jak powinien. Po prostu za naszych czasów już nie był królem życia, tylko człowiekiem wyciszonym i ciężko chorym. Mimo swego stanu zdrowia był jednak czynnym i wciąż znakomitym muzykiem. Za tę siłę, miłość do muzyki, która najwyraźniej trzymała go przy życiu, należy mu się największy szacunek.

Że o samej jego muzyce nie wspomnę...


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30