RSS
niedziela, 26 sierpnia 2007
False gem

"And if the dam breaks open many years too soon
And if there is no room upon the hill
And if your head explodes with dark forbodings too
Ill see you on the dark side of the moon."*



---
Naprawdę chciałem to tak zostawić, nic nie dopisywać, niestety, po powrocie na powitanie zła wiadomość: po zasłabnięciu na treningu zmarł futbolista i sędzia (znany mi bardzo dobrze - sędziował większość meczów Miners) Bartek Rychtanek...


*Pink Floyd "Brain Damage" (fragment)
niedziela, 12 sierpnia 2007
Puchar nasz!

Mecz zagrany i wygrany, 49:13. Dla przeciwnika - Polonia Kraków Knights - to był debiutancki mecz w pełnym wymiarze czasu, dlatego też i my potraktowaliśmy mecz nieco lżej, daliśmy szansę wykazania się wielu zawodnikom rezerwowym. Trzeba jednak przyznać że mecz do połowy był wyrównany, za to w drugiej połowie wyraźnie zaznaczyła się nasza przewaga liczebna - po prostu mieliśmy sporo wypoczętych zawodników przeciwko bardzo zmęczonym Knights.

Co ciekawe, zagrała w tym meczu także Agnieszka - nasza nowa zawodniczka ;)

Po meczu na stadionie odbył się festyn z wodnistym piwem itd., jednym z jego punktów było wręczenie nam Pucharu Śląska za ten mecz.

A piwo naprawde wodniste, spożyłem 11 (fakt, że 0,4 litra) i w sumie zdrów jak ryba, przegadałem pare godzin z Kryzem, E.teem, Moniką i poznanym na festynie ortopedą z Ukrainy. Z Odessy wręcz.

Potem porozmawiałem z Czytelniczką (tą podbniebną) i poszedłem spać. Przed północą :}

A tak na koniec jeszcze link. Wspominałem onegdaj o amerykańskim koledze z drużyny, Arcie. Postanowił on dojechać maluchem do Chin. Plan się poźniej zmienił - z Chin na Władywostok, na ślub przyjaciela. W sumie jeszcze dalej.

I prawie mu się udało, zabrakło naprawdę niewiele, a kto ciekaw jak podróż mu szła niechaj przeczyta bloga Malinki (Malinka to rzeczony Fiat 126p).

Otolink: Malinka!


piątek, 10 sierpnia 2007
Zaproszenie

Może troche o ograniczonym zasięgu, ale co tam - ważne że jest!




wtorek, 07 sierpnia 2007
Tydzień z Gunsami / 17 tysięcy / Jarek

Przestałem ostatnio słuchać mp3ek z dysku, tudzież CDków. Przerzucilem się na Tubę. A co. Też muzyki dużo, często jakieś ciekawe koncertowe wersje, a nie trza przecie wiele czasu na to poświęcać - ot, zmiana tematu w zasięgu jednego kliknięcia. W zeszłym tygodniu zdecydowanie zakrólowali Gunsi. Guns'n'Roses. Klasyka, klasyka. Prawdopodobnie pierwsza dobra kapela, jakiej zostałem fanem. No nie, Scorpionsi też nie byli całkiem źli, tyle że wtedy podobała mi się ultrapopelina w postaci "Winds of Change", a nie doceniałem zupełnie np. fantastycznego "Holiday". Ale w sumie z Gunsami podobnie było "Don't Cry" na topie, później "November Rain", dopiero po czasie wydestylowała mi się opinia że best of the best tej kapeli to ex aequo "Civil War" i "Estranged". W każdym wypadku w tygodniu przedzeszłym bardzo dużo dziwacznego głosu Axl'a Rose'a słuchałem. I nawet jakoś tak spodobał mi się "Sweet Child O' Mine", którego nigdy zbytnio nie lubiłem. Najśmieszniejsze jednak, że słuchałem go kilka razy na dzień, a w ciągu tego tygodnia na ten właśnie kawałek trafiłem dwakroć w Antyradiu, którego słucham tylko w łazience, czyli tak max. pół godziny dziennie... a jeszcze oprócz tego "Don't Cry" raz poleciało. Ciekawa koincydencja...

***

Nowy sponsor, nowa drużya, nowe stroje. Ok. 6 tysięcy sprzedanych karnetów (w Polsce!), przez cały tydzień kolejki przed kasami stadionu przy Roosevelta 81 - tylu chętnych na bilety. Rozpoczęła się liga, i od razu pierwszy mecz w Zabrzu to superklasyk: Górnik - Legia po raz 101 w historii. Wspaniała oprawa, w loży dla VIPów zabrakło miejsca, nie zabrakło go jednak oczywiście dla ministra Religi. Niestety, nie wszystko wyszło jak powinno.

0:3.

17 tysięcy smutnych, zawiedzionych ludzi.

***

Dzisiaj (wczoraj) natomiast wieczorem w pracy towarzyszył mi po raz kolejny Jaromir Nohavica. Nazwisko być może znane, czeski pieśniarz mało obliczalny (bo i poważną tematykę przeplata z piosenkami stricte humorystycznymi), mówiący także po polsku (nic dziwnego - chłop z Ostrawy, czyli Ślązak, tylko że po czeskiej stronie). Gra na gitarze oraz na heligonce (to taki rodzaj akordeonu). Co ciekawe, przyznał się niedawno do współpracy z czeskimi tajnymi służbami, ale popularności jego to nie zaszkodziło, bilety na jego koncerty idą jak woda. Warto wstukać to nazwisko w Tubę, jeśli zna się czeski. A jeśli się nie zna to też można, chociażby dlatego że przynajmniej jeden jego kawałek po polsku można tam znaleźć - "Gwiazda". Mnie jednak ostatnio zachwycił inny utwór - z tych humorystycznych - fantastycznie zagrany na heligonce: "Fotbal" - opowiadający o kibicach meczu Banik Ostrawa - Sparta Praga. Bardzo energetyczne.

OSTRAVA JEDEEEM!

Warto również dodać że jest też na Tubie trochę Cechomora, którą to kapelę nieraz wychwalałem. Tutaj link do krótkiego niestety koncertowego nagrania utworu, które generalnie wyjebało mnie z butów (jak nasz Castro quarterbacka Eagles w meczu w Kutnie, hehe...) - o, tutaj!. Aż się stare, dobre Ankh przypomina.

sobota, 28 lipca 2007
Kolejny nudny raport

Po treningu zawsze najbardziej chce mi się piwa. Jedne wystarczy, ale jakieś musi być, winna chyba głównie moja wiara że piwo najlepszym środkiem do regeneracji sił i jednoczesnego gaszenia pragnienia po wysiłku fizycznym. Przychodzę do domu, rzucam torbę, wyjmuje mokre łachy i chce się napić piwa. Problem jest jednak jeden. W szafce - ciepłe, odpada, niestety w lodówce piwo jest lodowato zimne. Niby fajnie, tyle że jeśli taki zmęczony itd. napiję się bardzo zimnego piwa to szansa na to że rozboli mnie łeb wynosi ok. 97%. Nie na długo, ale irytująco. Cóż więc czynię? Biorę puszkę pod prysznic. A co! Zanim umyję łeb, puszka przekaże zawartości ciepło obmywającej ją wody i można otworzyć i wypić piwo w temperaturze zarazem chłodnej, jak i nie wywołującej bólu ledwo co umytego łba. Włala, jak to mawiają. Ciekawe jak to brzmi dla postronnych: piwo pod prysznicem. "Cały Ijon"? "Ostatnie stadium?" "Też to musze przetestować?" :> No cóż, to chyba nie to samo co szampan w jacuzzi, ale też i okoliczności jakby inne.

Ponadtoż, second but not least, powojażowałem kapkę w zeszłym tygodniu. Wpierw wreszcie, po prawie roku, spotkałem się z Anią, ex-LOTawicą :) Akurat bazowała przez kilka dni w Katowicach, więc umówiliśmy się na kawkę. Trochę kiepsko z lokalami (bo to przed południem było), ale jakoś sobie poradzilim.

Później spełniłem od dawna zapowiadaną obietnicę: odwiedziłem (wreszcie!) Aggtt w Warszawie :)

A później pojechałem do Żywca, a konkretnie do Lasu na krótki wypoczyn do Anki i Kirsznioka. Cztery dni w dobrym towrzystwie (jeszcze Best, Maciek i Spazo), sporo piwa, zwiedzanie muzeum Browaru Żywieckiego (Sudeten Brauerei Saybusch :>).

Teraz zaś natomiast udam się w objęcia Złaaaa! Znaczy odpalę Heroes of Might and Magic 3, bo jakoś tak mam chęć pograć w cuś dobrego.
niedziela, 08 lipca 2007
Jeremiasz Clarkson

    "Niestety, soczewki kontaktowe nie są dla mnie dobrym rozwiązaniem, ponieważ jeśli człowiek ma zepsuty wzrok w jaki niby sposób będzie w stanie je znaleźć po tym jak spadną na wzorzysty hotelowy dywan? Albo podczas meczu piłki nożnej? Widziałem już zbyt wielu ludzi na czworakach, wrzeszczących: "Niech nikt się nie rusza!".
    Jest jeszcze coś. Regularnie pokazuję się w telewizji z przekrwionymi oczami, ponieważ nie mogę używać kropli do oczu, a na samą myśl o poddaniu się skanowi siatkówki czuję się chory. Nie jestem nawet w stanie oglądać zbliżenia czyichś oczu w serialu Casualty. Stojąc więc przed wyborem: założenie soczewek kontaktowych albo pożarcie moich genitaliów przez sforę dzikich psów, natychmiast zdjąłbym spodnie."

Argumenty za tym żebym ja, młody, choć dość już doświadczony adept sztuki Zrzędzenia, Malkontenctwa i Egzageracji nie uważał J. Clarksona za Mistrza proszę kierować bezpośrednio do klopa i potwierdzić naciśnięciem odpowiedniego przycisku :)


poniedziałek, 02 lipca 2007
Jak zwykle składanka

1. Mecz

Dobrą atmosferą w drużynie można zdziałać wiele. Dzięki zażegnaniu przejściowych problemów z team spiritem udało się nam pokonać wicemistrzów Polski z zeszłego sezonu - Pomorze Seahawks! Końcowy wynik tego bardzo emocjonującego meczu to 23:20 dla nas. GO MINERS!

A z afterparty wróciłem o 6tej rano.

2. Łańcuszek

Ok. tygodnia temu dostałem mail, typu łańcuszkowego, choć faktem jest, że wyglądał przekonywująco. Mówił o zaginionej 17-letniej dziewczynie z Olsztyna. Usunąłem, bo cóż było robić, zaginionych dziewcząt nie znam, zwłaszcza z tak daleka, a że siedze cały dzień w biurze, to szanse na spotkanie mikre. Wieczorem przeczytałem w gazecie że znalezioną ją nieprzytomną przy torach, gdzie przeleżała ponoć 3 dni po wypadnięciu? skoku? z pociągu.

Zmarła wczoraj, nie odzyskując przytomności.

3. W ramach przerywnika: wspaniała pani fotograf, już tu nieraz wspominana, cicha (bo nie komentująca) czytelniczka wreszcie zblogowała się! Odnośnik w zakładkach, pod hasłem "CANTADORA"! Zapraszamento.

4. Fałsz

Irytuje mnie, jak łatwo można sterować moim nastrojem za pomocą muzyki. Raduje mnie, że mam instrukcję obsługi. Dzisiaj się na całe popołudnie zdołowałem, słuchając Dżemu, taka krótka setlista: "Skazany na bluesa", "Naiwne pytania", "Skazany na bluesa" (z innej płyty), no i na koniec dwa ich najlepsze kawałki: "Najemnik I" i... "Najemnik II" (pierwsze w zaskakującym stylu, drugie z najlepszym riffem polskiego bluesa (chociaż generalnie za taki uważa się ten z "Modlitwy" T. Nalepy)).

Kiedyś reagowałem tylko na muzykę, teraz także na tekst. Prawdopodobnie stąd moje uwielbienie względem The Mars Volty - u nich wokal zdaje się być jedynie instrumentem, bo teksty mają kompletnie ciort wie skąd wyjęte:

"Twenty five wives in the lake tonight
raw bark in the water of the marble shrine
Twenty five snakes pour out your eyes
yeah the icepicks cumming on the marble shrine
Twenty five snakes are drowning"

Jedyna refleksja, jaka może po tym najść słuchacza to: WHAT THE FUCK?

Ale brzmi to wybitnie. I bardzo energicznie.

5. Pilot

A ponadto wkurzony, znudzony i zmęczony jestem tym, jak łatwo sterować moim nastrojem zdalnie, jeśli tylko ma się pilota.

A już prawdziwie irytującym jest fakt, że do tego akurat instrukcji obsługi nie mam.

poniedziałek, 11 czerwca 2007
Łykent wypadków / Przyroda, przyroda...

Lubię takie notki łączące dwie tematyki. I lubię takie ich łączone tytułowanie. Zapewne wynika to z muzyki: w końcu mnóstwo przesłuchałem długich suit, składających się z kilku części, których tytuły rozdzielone były złamasami. Ukośnikami znaczy.

(Kontynuując tę dygresję, pozwolę sobie nadmienić że zawsze strasznie podobały mi się te podtytuł w "A Saucerful of Secrets" Pink Floyd: Something Else/Syncopathed Pandemonium/Storm Signal/Celestial Voices)


Ale do rzeczy. Na "Łykend wypadków" składa się:

1. W meczu Pomorze Seahawks - 1. KFA Fireballs Wielkopolska paskudnej kontuzji doznał skrzydłowy Jastrzębi, Kacper Matuszewski. Złamanie piszczeli i strzałki (według jednego z obserwatorów podobne do kontuzji Henrika Larssona) na pewno dość długo nie pozwoli mu grać, niestety. Pozdrawiam oczywiście i życzę szybkiego powrotu, przecież Henrik Larsson też się wyleczył i do dziś znakomicie gra w piłkę.

2. Władysław i Tomasz Gollobowie + mechanik oraz Rune Holta spadli awionetką na ziemię lecąc na mecz. Życie żużlowca niebezpieczne nawet i poza torem... Zawodnicy w porządku, tylko Władysław w niezbyt dobrym stanie podbnież. O mechaniku nic nie mówią, widać nie jest wystarczającą celebryty...

3. O a tu w międzyczasie dowiedziałem się że CB Devilsów też sobie brzydko złamał rękę, na turnieju zorganizowanym przez Polonia Kraków Knights.

4. To wszyscy widzieli - Robert Kubica. No komentowałem to dzisiaj cały dzień i w sumie wena mi się wyczerpała, napiszę tylko że jestem w szoku, że technologia dotycząca bezpieczeństwa w F1 osiągnęła taki niewiarygodny poziom - uderzyć w beton przy pewnie powyżej 180 na godzinę i wyjść z tego z lekkim wstrząsem mózgu i lekko skręconą kostką... nie-wia-ry-god-ne. Sporo zabawnych komentarzy pojawiło się na forach, kiedy już się okazało że naprawdę nic się Robertowi nie stało, Anka podesłała jeden z Onetu (dzięki!): "Gdybym miał ciągle psujący się bolid, też bym go rozwalił", natomiast mi najbardziej podobał mi się tytuł jednej z notek: "Hard to Kill". Istotnie, jeśli kiedyś będą kręcić jego biografię, to musi go zagrać Bruce, Arnold, Sylvester czy Seagal, albo inny spec od nieśmiertelności.


Przyroda natomiast...

1. Babci zakwitł kaktus. Znowu! Pierwszy raz zrobił to jakieś 30 lat temu, później jakieś 10 lat temu, a tu proszę - w zeszłym roku (może nawet o tym pisałem? Ale nie chce mi sie sprawdzać :P) i w tym też! Sie koleś rozpędził, nie ma co...

Podaję dwie focie, nędzne, bo komórką.

 


2. "Komar niewielkie licho, lecz bardzo czupurne, co rozwinąwszy nóżęta poczwarne i skrzydełka poczwórne..." Mój system obrony przed nimi jest prosty: kołdra, spod której jeno pół głowy mi wystaje oraz wentylator, który chłodzi a przy okazji komarom dość skutecznie utrudnia podejście do lądowania, oraz jak mniemam - śledzenie celu. Wczoraj jednak zapomniałem go włączyć i co? Ugryzł mnie taki jeden w czoło. Leżę sobie tedy i klnę nań, próbując zasnąć ponownie, kiedy słyszę cichutkie "bzz!" robiąc jednocześnie wdech i nagle czuje tego małego gnojka w nosie! No wpakował się bzyczący sukinsyn prosto w strumień powietrza zasysanego do silnika... Co za głupek. Dobrze że obroty wolne i strumień słaby, bo się na filtrze powietrza zatrzymał i usunięcie go było proste, wystarczyło przejść do fazy wydechu :P No ale tak to mnie żaden krwiopijca od dawna nie wkurzył!



niedziela, 10 czerwca 2007
Chiba mam problem...

...z alkoholem :) Znaczy nie taki, że codziennie musze sie napić, bo inaczej ni huhu, on wynika z czegoś zupełnie innego: z wrodzonego braku umiaru, w czymkolwiek. Efekt tego taki, że jak już mam ochotę prawdziwą na piwo, to na jednym poprzestać ciężko, a że zwykle narzucam sobie ostre tempo, to spożycie jest relatywnie duże.

Wczoraj też. Trening mieliśmy w Rudzie, bo TV4 kręci dla miasta materiał promocyjny i poproszono nas o udział. Fajnie, pograliśmy troche przed kamerami w strojach meczowych, luzik. Choć słońce nie miało litości. Największą zaletą tej lokalizacji szatnia (w sumie przebierać to sie moge gdziekolwiek, ale jednak lepiej wewnątrz) oraz prysznic (alleluja, zwłaszcza teraz, kiedy jest tak ciepło). No ale po treningu poszliśmy na piwko z E.Teem., ściągnąłem jeszcze Daniela, byłego zawodnika, a na miejscu (pub Bacardi) było jeszcze dwóch kolegów E.Tee.go. Taa... miało być jedno, skończyło się bodajże na ośmiu, przynajmniej dla mnie. Po 19 pojechałem busem do babci, zjadłem obiad (niecały, nie dałem rady, heh) i powlokłem się do domu w trybie zombie, bo jak zwykle z opóźnieniem piwo zaczęło solidnie działać. Więcej grzechów nie pamiętam...

Obudziłem się po 4-tej. I siedze sobie od dłuższego czasu, aż mnie na napisanie notki naszło jak widać. No ale niestety, trza się zbierać na zajęcia, zaliczenie z rachunkowości. Irytujące, bo ja sobie poradzę, ale sporo osób na mnie liczy :/

A, irytujące jest też to, że zajęcia mam o 9:00, a autobusy jadą 8:01 a potem 9:04. Co za nędza... dobrze że jest względnie blisko - walnę z buta, w pół godziny dojdę, tyle że spocony jak szczur, bo to cały czas pod górę :\


sobota, 02 czerwca 2007
Nie jestem, jak wiadomo, dobry...

...w precyzyjnym wyrażaniu uczuć, napisze więc to co myślę:

Edit: Tu było brzydkie słowo x3 wielką czcionką, ale po opanowaniu sytuacji postanowiłem nie epatować.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30