RSS
niedziela, 20 listopada 2005
Slijedeći upropasten dan?

(Do mnie należą tego miasta mury
Kotwicą wydrapię
Buntu pazury)

Pare miesięcy temu każdego wieczora miałem takie nieprzyjemne odczucie, które opisałem swoim pierwszym zdaniem po chorwacku (mniej więcej :P) : "Kolejny zmarnowany dzień".

(Tramwajem jadę na wojne,
Tramwajem z przedziałem Nur fur Detsche)

Teraz niby tych dni nie marnuję, pracuje w końcu, ale też mnie to łapie.

(Nam jedna szarża:
Do nieba wzwyż
I jeden order:
Nad grobem krzyż)

Może to po prostu, ku mojej kosternacji jakaś zimowa deprecha? A może świadomość, że ta robota nie ma de facto żadnego sensu: ot, marnotrawienie, sił, czasu i papieru na wielce szlachetną czynność przenoszenia pięniędzy (ale fajna literówka mi wyszła! "piedzięny" :>) z portfela A klienta do naszej kasy B, via poczta C lub bank D.

(Tu zęby mamy wilcze
A czapki na bakier
Tu się Prusakom siada
Na karku okrakiem)

Czyli mówiąc inaczej: działalność w żadnym wypadku nie twórcza. Na dodatek zajmuje mnóstwo czasu i wiele uwagi oraz nerwów wymaga.

(Halo halo! Tutaj Londyn, tutaj Londyn!
Ona czarna a on blondyn
Słuchaj Londyn! Nam nie trzeba audycji
My żądamy amunicji amunicji)

Niestety, jakoś zawsze brakowało mi albo talentu, albo zapału, albo odwagi do tworzenia czegoś ciekawego, to w końcu na stare lata musiałem zająć się działalnością w pełni odtwórczą :>

(Zuchwało śpiewa nam tu ten
Ciśnięty w mrok granatów pęk)

Miałem dzisiaj mroczny plan poczytać sobie "Većerni list" (najpopularniejszy dziennik w Chorwacji) ze słownikiem w łapie, ale znajome z technikum wyciągnęły mnie na piwo. Fajnie było, ale sie plan spieprzył.

(-Pierwsza drużyna?!
-Gotowi do skoku!
-Druga drużyna?!
-Gotowe do skoku!
-Trzecia drużyna?!
-Gotowi do skoku!
-Z Bogiem, personel!
-Oi! Oi! Oi! Oi!)

[Dzisiejszy odcinek sponsorowany jest przez płytę Lao Che "Powstanie Warszawskie", utwory 1-6: "1939/Przed Burzą"; "Godzina W"; "Barykada"; "Zrzuty"; "Stare Miasto"; "Przebicie do Śródmieścia". Reszty słucham, ale już nie będę dziś cytował. Kto nie zna - NIECH POZNA!]

piątek, 18 listopada 2005
Tri stvari
No właśnie, trzy sprawy do poruszenia. Każda w jakiś sposób ważna, niestety, roboty było lots więc każda powierzchownie...

1. Ice Ice Baby

Otóż proszę, moje przewidywania że zima zjawi się w styczniu były nieco przesadzone. Co prawda do prawdziwej zimy daleko, ale skoro dzisiaj przez chwilę poprószył śnieg, to sezon polowania na domorosłych meteorologów uznaję za otwarty :P

2. Harnaś

Kiedy siedziałem w autobusie, jadąc wreszcie do domu, matka przysłała mi sesemesa: "Już sie tylko Pyzdra ostał". No tak... Marek Perepeczko, aktor skrajnie zaszufladkowany, zmarł był na serce. Trochę nie za bardzo do harnasia to pasuje, no ale jak mu los wybrał, tak wybrał i nie ma się co z nim spierać. Nie wiem czy moi Szanowni Nieliczni Czytelnicy lubią "Janosika", ale ja serial ów uwielbiam za sielankowy wpierw i stopniowo mroczniejący storyline.

W każdym wypadku ['] za pana Marka, nie Janosika czy tam komendanta czy tam kogoś innego. I tylko ciekawi mnie czy nastąpią jakiekolwiek zmiany w kampanii reklamowej kocich szczyn pt. Harnaś.

3. Coming back to life

Otóż pozytywny akcent zostawiłem na koniec. Szanowna Inicjatorka tego bloga wreszcie pozbyła się betonowego bucika typu gips, co oznacza że wreszcie będzie mogła wrócić do względnie normalnego trybu życia ;> Co z kolei oznacza, że w zasadzie już sie nie będzie nudzić, co z kolei oznacza że na dobrą sprawę mógłbym przestać Porannego prowadzić :> Niedobrze. Jak jest tyle kolei to szykują się koleiny. W każdym wypadku Sz. Inic. życze udanej rehabilitacji!
środa, 16 listopada 2005
Grande Fuego
Albo może "el fuego grande"? Cholera, szkoda że nie znam hiszpańskiego, bo że jest na liście najbardziej przeze mnie adorowanych języków to pewne. Pouczyłbym się, ale notorycznie czasu nie mam, z tego zresztą powodu zarzuciłem tymczasowo próby nauki hrvatskoga jezika.

Ale nie o tym chciałem. Ciekawa i przykra rzecz: efekt, kiedy po śmierci względnie znanego artysty (lub chociaż wykonawcy) drastycznie rośnie sprzedaż jego płyt, książek czy czego tam. Śmierć kogoś chyba nie powinna być motorem napędowym rynku, ale jakoś mało kto się tym przejmuje :> Nawet ja się czasem łapie.

Niedawno zmarła była legendarna wokalistka Breakoutu (m.in.) Mira Kubasińska, po wielu latach na scenie. Wstyd mi, bo gdyby nie to i tekst Sankowskiego (bodajże) o niej w Wybiórczej to zapewne nie poznałbym prawdziwego arcydzieła: "Wielkiego ognia". Wspaniały, monumentalny (i nawet względnie długi - prawie 13 minut) utwór, cichy i nieco monotonno-liryczny w chwilach uspokojenia, przeważnie jednak "głośny", podniosły i porywający. Rockowy, ale z bluesowymi korzeniami. Już na początku (w drugiej minucie) pojawia się fragment wgniatający w fotel: jak kiedyś Dave Gilmour w "Dogs" za pomocą gitary imitował szczekanie psów, tak tu zespołowi w niesamowity sposób udało się muzycznie ukazać buchające płomienie, żar ognia. Fascynujące. Szkoda że dość krótki ten fragment, możnaby go niesamowicie rozwinąć - ale w sumie może i dobrze, mógłby się stać monotonny.

"Wielki ogień" nie jest doskonały, ale całkiem blisko :) Nie potrafię oderwać się od niego od dobrych kilkunastu dni.

Wstyd mi tylko, że takie a nie inne były kulisy mojego pierwszego spotkania z nim.

P.S. A perfekcji moim zdaniem najbliższy wg mnie "A Gadarai Megszallot", czyli "Fanatyk z Gadary" After Crying. 22 z okładem minuty, żadnej zbędnej nuty, dźwięku. Nie bardzo chcąc zaakceptować możliwość, że oto może trafiłem na muzyczną doskonałość poświęciłem kiedyś trochę czasu na dokładne kilkukrotne przesłuchanie utworu i udało się! 11 minuta 43 sekunda: nieczysto uderzony klawisz! Uff, udało się... *ociera pot z czoła* ;)
wtorek, 15 listopada 2005
Północ północ wschód
Księżycowe noce mają pewne zalety, chociażby to, że jest na co popatrzeć.

Dzisiaj na przykład do wracałem po pracy i obiedzie (obiadokolacji właściwie) do domu ze łbem prawie non stop w górę uniesionym (dobrze że drogę znam na pamięc, to udało mi się mordy nie rozbić), bo widok był porywający: księżyc, prawie w pełni, wysoko na niebie, oświetlający z góry błyskawicznie przesuwającą się cieniutką warstwę chmur. Cieniutką na tyle, że i jedna gwiazda była widoczna prawie cały czas (chciałbym móc powiedzieć jaka - i czy to w ogóle gwiazda czy planeta może; niestety astronomia to jedna z tysiąca rzeczy które mnie zawsze fascynowały, tyle że nieco powierzchownie). Wyglądało to jakby ktoś jakiś cieniutki (jedwab jakiś czy muślin? Nie znam się), pofałdowany materiał rychło przewijał paręset metrów nad ziemią, ciągnąc go do siebie, w kierunku na północ-północny wschód. Tyle że materiał ciągnął się od horyzontu po horyzont... błyskawicznie zmieniająca się jasność księżyca, w zależności od tego czy akurat przesłaniała go dominująca (ilościowo) cienka, biała warstewka, czy grubsza ciemna, czy też (z rzadka) plama czystego powietrza.

A sight to behold.

A to między blokami, pośród świateł! W połowie mniej więcej drogi jest jakieś sto metrów nieoświetlonego skrótu, tam widowisko to było jeszcze wspanialsze. Zwolniłem nieco kroku, ale i tak szybko doszedłem do lamp i to już nie było to samo.

Nawiasem mówiąc chyba ostatnio za dużo gram w Rage'a: obserwując to zjawisko zacząłem się zastanawiać w czasie jakiej fazy księżyca się urodziłem, he he...
sobota, 12 listopada 2005
Stanowczo zaprzeczam...
...jakobym wczoraj był pijany, ja byłem po prostu zajęty.

Konkretniej to zajmowałem się  spuszczaniem  kolegom  łomotu w  Rage'a, co szło mi wyśmienicie. Niestety szło aż do  (w zasadzie) piątej rano, a przed siódmą musiałem wstać celem iść do roboty. Tak więc jestem nieco śnięty, i nic mądrego nie napisze raczej (nihil novi!), ale nie mogę zawieść mojej Jedynej Czytelniczki!

[O proszę... spot telewizyjny, nawet sprawnie zrealizowany, a tu na koniec siurpryza, hasło: "Żel pod prysznic Tact to jeden z wielu MARKOWYCH produktów sieci marketów Leader Price". No oni wstydu nie mają! :>]

O, ale mimo wszystko mam coś być może odrobinę interesującego.

Otóż wczoraj, przeczytawszy informację o tym, że Rosjanie odcięli prąd Mołdawii wreszcie zabrałem się za zrealizowanie planu, który już jakiś czas mi chodził po głowie. Wykonanie nie jest ani w połowie tak dobre ani dowciapne jakbym chciał, ale miałem mało czasu, a zwłaszcza umiejętności.





piątek, 11 listopada 2005
Rocznica...
...bynajmniej nie działania bloga.

11 XI - Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę wojskową w kraju. Powstała niepodległa Polska.

I oto proszę! W pierwszych minutach tej rocznicy skaczę po kanałach i na TVP2 widzę Ahmeda Zakajewa... Nawet jeśli to przypadek, to i tak miło ze strony telewizji publicznej, że czasem można coś sensownego zobaczyć. W każdym wypadku krótka historia narodu czeczeńskiego i jego walki o niepodległość w rocznicę odzyskania niepodległości przez nas (i to od mniej więcej tego samego okupanta :>) robi poruszające wrażenie. Oni tymczasowo przegrali, ale jakby na to nie spojrzeć myśmy też się po Iej wojnie wolnością cieszyli mniej niż 21 lat...

Niestety, mój nastrój mącił nieco fakt że kumpel podrzucił mi link do tekstów Conana O'Briena na Joemonsterze (dodam wnet do zakładek, żebyś mogła (mógł)) poczytać.

Parę próbek:

Na E-Bay’u można kupić tosta, który przypomina Michael’a Jacksona. Eksperci twierdzą, że to pierwszy na świecie chleb, który został włożony czarny do tostera, a wyszedł z niego biały.

Prezydent Bush nie śpieszy się z wyborem osoby do sądu najwyższego, co ma sens, odkąd 4 tygodnie zajęło mu wybranie ulubionego Teletubbisia.

No i coś specjalnie dla ciebie, droga czytelniczko :]

W wywiadzie, Billy Bob Thornton powiedział, że podczas sexu z Angeliną Jolie czuł się jakby posuwał kanapę. Ludzie! Nigdy nie kupujcie używanej kanapy od Billy Bob’a Thornton’a!
środa, 09 listopada 2005
Wieczór drugi
Faktycznie, mój umysł czasami nieco nietypowe ścieżki obiera. Dziś na przykład poprowadził mnie od lotnictwa do kinematografii, tyle że za pośrednictwem entomologii. Chłodnawy jesienny wieczór, lekka mgiełka, idę sobie spokojnie do domu, wtem pojawia się huk nisko przelatującego samolotu. Kiedyś, jakem jeszcze mały był, to byłaby nie tyle sensacja co spora ciekawostka, ale jako że pono Polacy coraz chętniej latają (zwłaszcza z Balic i Pyrzowic) to takie dźwięki i widoki nieco już spowszedniały. Mimo to, wiedziony starym odruchem unoszę głowę i zauważam ciekawą rzecz: dwa wielkie, jasne światła przy kadłubie, obok dwa mniejsze na przednich zdaje się krawędziach skrzydeł, dodatkowo jedno na ogonie i jeszcze migające na końcach skrzydeł. Całość sprawia wrażenie sunącego powoli i jednostajnie po niebie (do góry odnóżami zresztą) pająka czy skorpiona, z wielkimi oczyskami z przodu i mniejszymi po bokach.

Nieswojo trochę się poczułem, nie boję się niby pająków, ale niepokoją mnie: są to stworzenia tak cholernie nam obce, że na dobrą sprawę nie ma co na jakichś kosmitów z utęsknieniem wyczekiwać, bo i tak pewnie dziwniejsi nie będą :> Ani bardziej "okrutni", że tak powiem, bo metody typu paraliżowanie ofiary i trawienie jej żywcem niemal odstaje nawet od najbardziej entuzjastycznych metod krzywdzenia homo sapiens przez homo sapiens. ("Okrutni" w cudzysłowiu - dyć one tego nie ze złośliwości robią, tylko korzystają z narzędzi, jakie im natura dała. Każdy orze jak może!).

Po podobne wzorce sięgnął był pan Giger, tworząc bardzo onegdaj popularnego, czarnego stwora, który się na nieszczęście załogi na statek "Nostromo" przypałętał. A jak już go stworzył, to czterech facetów różnorako się z nim obeszło: Ridley Scott zrobił ześ prawdziwe "Mroczne widmo", nieuchwytne, okrutne i nader skuteczne w eksterminacji załogi; James Cameron widmo wydobył z cienia i rozmnożył (pokazał też że widma takowe najlepiej spisują się w cieniu: o ile w "Obcym" tytułowy bohater w zasadzie wygrał mecz z ludźmi w imponującym stylu, 6:1, o tyle w jego filmie przegrywają na całej linii, jak banda głupków); David Fincher znowu wstawił potwora w gościnne dlań cienie (statystyka zwycięstw dobra jak nigdy!); w końcu JP Jeunet (którego bardzo szanuję) udziwnił go do reszty, ewidentnie dając do zrozumienia że krzyżówki dobre są tylko panoramiczne :P

Koniec wywodu. I tak za długi, ale się rozpędziłem, sorry. W każdym wypadku od samolotu do kina, via robale.

"Dzień dobry! Zastałem Jolkę?"
Jakżeby inaczej zacząć bloga niż tym pięknym, klasycznym cytatem? Zapewne znalazłoby się lots ciekawszych pomysłów, ale ten był pierwszy. Prosty umysł nic mądrzejszego nie wygenerował, niestety.

Do rzeczy.

Witam Cię (lub "Witam Państwa" - ciort wie, a nuż ktoś jeszcze niestety się dowie o tym miejscu i tu zajrzy) bardzo serdecznie z pokładu bloga pe-te poranny.blox.pl. Zaskakująca może być nazwa, zważywszy że cokolwiek się tu pojawi - pojawi się wieczorem, ale skoro bolszewicy mogli zacząć Rewolucję Październikową w listopadzie to i zapewne to można zaakceptować. W każdym wypadku ten uroczy dysonans pomiędzy nazwą a prawdą (godny partii politycznej) ma względnie logiczne wyjaśnienie, które jednak wcale nie musi oglądać światła dziennego bo po co, skoro piszę przy żarówce. Pod żarówką.

Cudów po tym blogu spodziewać się nie można, bo jaki pan taki kram, na dodatek pan skrajnie sceptyczny do idei kramu, choć ostatnio zaczął dostrzegać pewne przewagi posiadania stoiska nad, że się tak wyrazi, "sprzedażą bezpośrednią". Na przykład to, że jeśli chciałoby się komuś coś powiedzieć (coś bardziej skomplikowanego/dłuższego) to i tak trzeba temporalnie przestać zwracać nań uwagę, gdyż przy pierwszym wtrąceniu można stracić wątek jeśli jest się roztargnionym. Po drugie większe są możliwości edycji i czas do zastanowienia - zalety nie do pozazdroszczenia.

Ale dość pieprzenia. Czuję w kościach że mógłbym tak fandzolić jeszcze długo, ale kto by to czytał?

Dobrej nocy bądź miłego dnia życzę, droga czytelniczko!
1 ... 11
 
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31