RSS
środa, 14 listopada 2007

1. Rano wiedziałem, że ciężko będzie się z czymkolwiek wyrobić. Czasem tak jest, że człowiek robi wszystko dokładnie tak samo jak zawsze, ale zegar w tym czasie odliczy spokojnie 5 minut, czasem zaś sprintem zrobi 3. Powiadajo, że gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy, bo może śmiało namieszać. Szczytem wszystkiego była winda, zepsuta, która sama naprawiła się kiedy zbiegłem po schodach. To tylko 30 sekund zmarnowane, jednakowoż w sytuacji kiedy człowiek ma 8 minut na przejście 12-minutowej trasy...

2. Na pociąg się spieszyłem, żeby dojechać do miasta stolecznego, celem odwiedzić drogą czytelniczkę Plzmę. Miło tak czasem kogo odwiedzić, ain't it?

3. A nawiązując do pktu 1... Kiedy szedłem w tenże podróżny czwartek na autobus - świeciło słońce. Kiedy wysiadłem było zimno w cholerę i lało, zmarzłem przez te parę minut w cienkiej bluzie. To ubrałem grubą, niestety, kiedy właśnie robiłem te 12-minutową trasę w 8 minut, to słońce znów świeciło. Bluza okazała się lots za gruba, następne 3 doby chodziłem w podkoszulku, nawet kiedy padał śnieg, bo wolę jak chłodnawo niż za gorąco.

4. W piątek mialem parę godzin rano. Zwiedziłem muzeum Powstania Warszawskiego. Trza przyznać, że ekspozycja naprawdę ciekawa no i nowoczesna, na miarę XXI wieku, chociaż z racji swoistego kształtu budynku troszkę chaotyczna - znaczy bez przewodnika można się pogubić, dobrze że rozdają mapki na wejściu. Ale naprawdę warto to obejrzeć, łaziłem tam z dwie godziny, a przecież nie tykałem żadnych maltimidiów. Kto ma okazję - niech zwiedzi, zwłaszcza że to w samym centrum, a wjazd w tygodniu 4zł.

5. Popołudnie w pociągu, wieczór, nocka i ranek sobotni - w Żywcu. Znowu wylądowalim z Maćkiem i Kirszniokiem w Browarze, fantastyczne miejsce! Niestety impreza nie przeciągnęła się na sobotni wieczór również, kolegę Kirsznioka zawezwały obowiązki szkolne.

6. Górecki, Henryk Mikołaj, ostatnio mi towarzyszy. III Symfonia "Symfonia pieśni żałosnych". Wbrew tytułowi nie dołuje, przynajmniej mnie, ale za to absolutnie zachwyca. W sumie chyba już kiedyś się tu nad nią rozpływałem w zachwytach, ale nie pamiętam. Od tygodnia mniej więcej słucham jej wieczorami w domu non stop. Słuchałem również w niedzielę, grając sobie spokojnie w EVE, nie niepokojony przez nikogo, za dnia, przy otwartych żaluzjach. Zaczął padać śnieg, z początku tylko prószył, ale później rozsypało się na dobre, grube (bo nie było mrozu) ciężkie płaty sypały z nieba, dziwnie oświetlając pokój (światło zgaszone, więc delikatny półmrok, na monitorze też ciemno, bo gra w kosmosie) a jednocześnie tłumiąc wszelkie dźwięki z zewnątrz. W grze także względna cisza i tylko WOSPR dyrygowana przez Antoniego Wita pulsowała (a jakże! kto słyszał, ten wie o co chodzi) jako tło dla wspaniałego, pięknego, natchnionego oraz wyrywającego z butów i zrzucającego z fotela na dodatek sopranu Zofii Kilanowicz*. Ten śnieg za oknem i ta IDEALNIE do niego pasująca muzyka w tle - powiedzieć o tym "bezcenne", posługując się hasłem ze znanej serii reklam to obraza dla klimatu tej chwili. "Niepowtarzalne" - znacznie bliżej.

7. Niebywałe, zacząłem w domu popijać herbatkę dla przyjemności od czasu do czasu, miast bezrefleksyjnie tankować wodę z butelki, jak to czyniłem przez wiele ostatnich lat. Zapewne wpływ miało na to ostatnie wizyty kolegi Tilina wraz z drogą Estlin, bo wreszcie zapamiętałem gdzie matka trzyma herbatę :P Dzięki ;)


*Cwaniaczę z tymi nazwiskami, a przecież żaden ze mnie koneser, wyczytałem w książeczce płyty, ot co. Jednak taką muzykę warto uszanować, nie posługiwać się samymi zaimkami.


piątek, 26 października 2007
Składanka

1. Zmowa, ewidentnie. Byłem w kilku aptekach w ciągu ostatniego roku, wszędzie pytałem o jedno: o zaczepy do bandaży elastycznych. No te takie dwie blaszki z haczykami, połączone krótką gumką. Nigdzie nie ma. Kup bandaż, będą zaczepy. Albo jedź do sklepu ze sprzętem medycznym. Nie mam czasu! Zaczepki te gubią się częściej niż polityk kłamie, a efekt tego taki, że mam w domu dwanaście bandaży elastycznych i dwie zaczepki, z tego jedną naderwaną.

2. Trzasnąłem drzwiami szafki. Magnetyczny chwytak poluzował się, spadł, magnes roztrzaskał się na cztery kawałki. Good heavens, jeśli za lustro rozbite dają siedem lat nieszczęść bez możliwości wcześniejszego zwolnienia warunkowego, to co będzie za magnes?

3. W ramach poprzedniego weekendu tymczasowo rzuciłem rzucanie picia. Wpierw karty z zabrzańskimi rejdżowcami, sobota natomiast... w sobotę byłem z Maćkiem i Kirszniokiem na pierwszym Oktoberfest w Zabrzu. Średnia wieku skrajnie wysoka, z początku wielkie kolejki do piwa (drogiego), ale klimat fajny. Niemniej jednak z różnych przyczyn pod koniec humor mi sie schrzanił konkretnie. A na sam koniec dosiadł się do nas mój kolega z osiedla, obecnie zamieszkały w Zabrzu i zaczął że tak powiem agitować politycznie. No nie mogłem wytrzymać, miałem ciężki dylemat moralny: chciałem mu mówiąc po ludzku sprzedać łokcia prosto w morde, ale jednak kumplowi...? Przesiadłem się, bo nie mogłem tego słuchać.

Łodewa. "Ich bin der Anton aus Tirol!"

4. O wyborach pisał nie będę. Ale wynik nienajgorszy.

5. Sieję ostatnio popłoch w autobusach. Wspominałem, że kupiłem sobie czarną kurtkę. Czarne dżiny, ciemna przeważnie bluza i ogólnie wygląd spod ciemnej gwiazdy typa :P Na dodatek typa, który zaraz po wejściu do autobusu rozgląda się wokół i zamaszystym ruchem sięga do tylnej kieszeni dżinów, wyjmując stamtąd coś podobnego do legitymacji kobucha. Kanara znaczy. A to tylko moja saszeteczka na bilety... Hehe. Dwakroć już widziałem scenkę że kobita jakaś patrzy na mnie, a kiedy się okazuje że wyciągam tylko swój bilet odwraca się do koleżanki z wyrazem ulgi na twarzy i słowy: "Jak jo sie wystraszyła!". Zabawne, ale staram się dyskretniej sięgać bo saszetkę.

6. Niebywałą chmurę wczoraj wieczorem widziałem. w zasadzie cienka, pofalowana, takie czasem widać na nocnym niebie, podświetlona księżycem. Ale ta była okrągła, po prostu okrągła, dokładnie widziałem jej granice, za którymi niebo było czyste. A po samym jej środku księżyć, jasny jak rzadko. Wyglądał jak epicentrum jakiejś gigantycznej nuklearnej eksplozji, której fala uderzeniowa przesłoniła pół nieba. ASTB.


niedziela, 21 października 2007
"Z opuszczoną głową, powoli..."

Dalej było "...idzie żołnierz z niemieckiej niewoli". To akurat już nie pasuje. Ale ta opuszczona głowa, smętna albo wkurzona mina - tak głównie wyglądały twarze Miners po finale. Tak, wiem że piszę z "zaledwie" tygodniowym opóźnieniem, ale jakoś nie było nastroju, żeby poruszać ten temat. Zresztą teraz też nie ma - ale obserwowałem przed chwilą równie bolesną porażkę. Lewis Hamilton - 7 punktów przewagi nad drugim zawodnikiem w klasyfikacji, w wyścigu można zdobyć maksimum 10. Wystarczyłoby, żeby dojechał piąty. A tu proszę... błędy + pech i skończył wyścig na siódmym miejscu. Sensacyjne zwycięstwo debiutanta było o włos - ale właśnie tego włosa zabrakło. Tak jak nam.

Nie wiem czy ma sens pisać o samym meczu. Czy nie byliśmy dość skoncentrowani? Mieliśmy gorszy dzień? Może zbyt spięci? Nie wiem, nie ma sensu już tego roztrząsać. Grunt że gładko przegraliśmy 0:18. Zawiedliśmy naszych niezawodnych kibiców, zawiedliśmy siebie przede wszystkim.

Wszyscy mówią: ale przecież to sukces, drugie miejsce w debiutanckim sezonie, takie tam pierdoły. Nie. Żeby zostać mistrzem trzeba wygrać mecz finałowy, on jest istotą i podsumowaniem, w momencie kiedy wychodzi się na boisko w tym właśnie meczu cała reszta sezonu - choćby najwspanialsza - przestaje mieć znaczenie. Masz prawo wygrać, masz prawo przegrać, każde "ale" może zostać wykorzystane przeciwko tobie.

Przegrywanie jest do dupy.

sobota, 13 października 2007
Final battle

Z rana wyjazd na finał. Cóż... Taką daleką drogę przeszliśmy, trzeba postawić ten ostatni, najważniejszy krok, nieprawdaż?

Napisałem półtora tygodnia temu że wiem, jaką piosenką zarzucę przed finałem. Tak więc oto i ona.

Drodzy mieszkańcy Warszawy, drodzy organizatorzy, drodzy przeciwnicy wreszcie... Zwracam uwagę na refren!

The Boys From the South!

środa, 03 października 2007
Mission not so impossible: Eagles - Miners 13:16!

Przed obecnym sezonem wydawało się, że pokonanie Eagles będzie niemożliwe. Potem, w pierwszym meczu omal co nie wygraliśmy, okazało się że nie taki Orzeł straszny. Później jednak stołeczni futboliści chyba wzięli się do cięższej pracy, rozłożyli wszystkie pozostałe drużyny (w tym nas w drugim meczu) i znowu wyglądało na to, że dotrą do końca ligi bez porażki. Niemniej jednak nie była to już taka dominacja jak w zeszłym roku i wiedzieliśmy, że prędzej czy później muszą przegrać, obawialiśmy się tylko że ktoś nam to trofeum - miano pogromców niepokonanych Orłów - sprzątnie sprzed nosa.

Tak się jednak złożyło że wywalczyliśmy sobie po ciężkim meczu z Devils prawo do podjęcia ostatniej w tym roku, trzeciej próby zwycięstwa nad Warszawą. I to w meczu gdzie nie mieliśmy nic do stracenia - w półfinale. Winner takes all.

Do trzech razy sztuka. Ponadto, był to trzynasty mecz Miners w historii drużyny. Trzynastka musi być po naszej stronie, zaklinamy ją na każdym treningu, połowę ćwiczeń wykonując "do trzynastu".

Ale to nie liczby wygrały nam ten mecz. To my sobie to wywalczyliśmy, mimo poważnej trudności w postaci przypadkowej kontuzji Bardzo Ważnego Zawodnika. Chcieliśmy wygrać i wierzyliśmy że to jest możliwe. Można powiedzieć, że pierwsze punkty - takie metaforyczne - zdobyliśmy jeszcze przed meczem. Ponadto, mieliśmy za plecami naszych niesamowitych kibiców, którzy licznie przyjechali do Żyrardowa drugim - pięknie ozdobionym - autokarem. Chwała im, nie mniejsza niż nam.




Stało się. Przeszliśmy do historii futbolu w Polsce. Jako pierwsi pokonaliśmy Eagles. Ale teraz pozostało kolejne ciężkie wyzwanie: finał, a w nim doświadczona i silna drużyna The Crew Wrocław.

Finał odbędzie się 14. października w Warszawie, na boisku RKS Marymont.

Zostało 10 dni.


piątek, 28 września 2007
Czy koło się zamknie? / Zmiany

Półtora roku temu (plus jakieś 2 dni) niejako zaczęła się moja przygoda z futbolem. Wybrałem się do Warszawy na turniej organizowany przez Eagles na boisku Marymontu. Udział brali Eagles, 1.KFA Wielkopolska, Duńczycy ze Sjollerod Diggers i Czesi z Pardubice Stallions. To akurat teraz nieistotne. Za dwa i pół tygodnia na tym samym stadionie odbędzie się finał tegorocznego sezonu PLFA.

Zachodzę w głowę czy to koło się zamknie, czy pojawię się tam? Szanse są, niestety, jest też i bardzo wielka przeszkoda do pokonania by się tam dostać: Eagles. Dotychczas niepokonani, doświadczeni. Pokonali nas już dwukrotnie. Do trzech razy sztuka?

Whatever it takes.

Półfinał już w niedzielę o 14:00 w Żyrardowie, na stadionie Żyrardowianki przy Piastowskiej. Nielicha nazwa. Mecz też będzie nielichy.


***

Jeśli zaś o zmiany chodzi... W sumie drobne. Niedobra pani w urzędzie ucięła róg z mojego kochanego książeczkowego dowodu DD*88*50* i wręczyła mi takiego plastikowego, nieciekawego kurdupla. No trudno... przynajmniej portfel się trochę cieńszy zrobił, ale nie jestem zadowolony. Ponadto, dokonały żywota moje Best Shoes I Ever Had. Musiałem "przesiąść" się na Second Best... itd., ale to nie to samo. Kurtkę natomiast zmieniłem dobrowolnie, dostaliśmy nowy towar i warto wykorzystać, zwłaszcza że fajny. No i znowu mam kurtkę czarną, a nie niebieską, ha.

poniedziałek, 17 września 2007
Operacja "Rewanż" pt.1

Tak jak mówiłem - do trzech razy sztuka. Wreszcie udało się przełamać złą passę z Devils, po dwóch porażkach wreszcie zwycięstwo! Niskie, bo niskie - 13:12 - ale najcenniejsze, bo gwarantujące nam udział w półfinale PLFA! Za dwa tygodnie zagramy w Warszawie (albo gdzieś w okolicy) o finał z niepokonanymi obrońcami tytułu mistrzowskiego - Warsaw Eagles.

A sam mecz - co zresztą widać po wyniku - był ciężki jak cholera. Wczoraj wieczorem ledwo się już ruszałem, dzisiaj też zresztą nie było luksusu, jutro nie spodziewam się cudów. That was one hell of a tough game.


poniedziałek, 10 września 2007
Teamgeist / Leave nothing

Tydzień do meczu, więc trening to ważna sprawa. Wczoraj (w sobotę znaczy) naprawdę było ciekawie... 5 godzin czystego treningu, w sumie lżejszego niż zwykle, bo bez wszystkich siłowo/kondycyjno/technicznych aspektów, tylko rozgrzewka a później zagrywki, gierka wewnętrzna... Grało się dobrze, niestety już o 14 nam się zaczęło sypać, bo część osób musiała jechać.

Na koniec jednak szefostwo zdecydowało że będziemy znowu biegać sprinty. Zadowoleni to nie byliśmy, bo nie lubimy tego bardzo. Ale pobiegliśmy.

Pierwszy - ok, ale w drugim już ciężko było, a ja to już ogólnie ledwo dobiegłem. E.Tee. powiedział, że nie musze biec, ale tylko mnie zirytował, bo równych i równiejszych nie ma. Dobiegliśmy (ja raczej doczłapałem) już naprawdę na resztkach sił. Potem E.Tee. ogłosił, że biegniemy jeszcze jeden - ale nie wszyscy, ci co się spóźnili, ci co coś tam spieprzyli czy coś tam. Skląłem go pod nosem, bo było wiadomo że pobiegniemy wszyscy. Jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, we're the team. Pobiegliśmy. Przepona już mnie bolała od pompowania, ale to koniec był. Zebraliśmy się, omówiliśmy sprawy organizacyjne, poszliśmy się przebrać...

Ale Kołcz (nie mylić z "coach") jeszcze zwołał nas na chwilę: "Kto czuje, że nie dał z siebie w tych sprintach wszystkiego? Że mógł jeszcze coś z siebie wydusić? Dobra, zapraszam na linię!". Dużo osób poszło. Wahałem się, ale zdążyłem w końcu złapać oddech, więc pobiegłem też. Dałem radę raz tylko, chłopaki w większości pobiegli jeszcze dwukrotnie.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie pewna reklama, którą obejrzałem godzinę czy dwie temu w przerwie meczu Chargers - Bears. Sama w sobie jest znakomita, nakręcona przez Michaela Manna, do absolutnie wybitnej muzyki, wstrząsająco dobra, zwłaszcza w zestawieniu z tym treningiem...

Leave nothing.


piątek, 07 września 2007
9 dni

28.05.2006

Pierwszy mecz Miners.

Devils - Miners 32:0.


09.07.2006

Trzeci mecz Miners.

Miners - Devils 0:73.

(tzw. Legendarny Wpierdol. Nawet Teleexpress to zrelacjonował.


16.09.2007

Dwunasty mecz Miners.

Devils - Miners ...

Dotychczasowy bilans to dwie porażki, w punktach - 0:105.

Operację "Rewanż" czas zacząć.

Got a game to win.

sobota, 01 września 2007
Taa

W pełni świadomie i odpowiedzialnie urwałem się dziś przed 23-cią z imprezy, żeby rano być w dobrej formie na trening.

Niestety, rychło pożałowałem że nie zostałem.

Dej pozór czego sobie życzysz, bo może się to spełnić.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31